Z bambusa i na boso, czyli szkoła w Indonezji

Jutro w Polsce zacznie się nowy rok szkolny. Kilka milionów dzieci weźmie swoje nowiutkie plecaki wypełnione nowiutkimi książkami, zeszytami, piórnikami z kolorowymi pisakami, kredkami, gumkami, strugaczkami, z kolorowym pojemnikiem z drugim śniadaniem (ozdobionym naklejkami z najnowszej kreskówki) i soczkiem z 7 witaminami. W rękach dzierzyć będą nowe komórki, a równieśnikom opowiadać będą o wakacjach spędzionych z rodzicami w Grecji, Chorwacji, na Majorce.

Jutro do szkoly pójdzie też kilkadziesiąt milionów indonezyjskich dzieci (tych które miały to szczęście mieszkać w wiosce, w której jest szkoła), dla których wakacje trwają tylko miesiąc (rok szkolny rozpoczyna się tutaj w połowie lipca, kończy w połowie czerwca), chodzących do szkoły od poniedziału do soboty. W skromnym plecaku (albo reklamówce) nie będzie wypasionych kredek, gumek i strugaczek, za to jedna książka i długopis. Większość uczniów będzie na bosaka. Usiądą w drewnianych ławkach wyglądem przypominających te, w których siedzieli nasi rodzice. W plecaku nie będzie drugiego śniadania i wielowitaminowego soczku. Ba, nie ma butelki wody, a tempereatura przekracza 30 stopni Celsjusza. W szkole nie ma też sklepiku ze słodyczami. A nawet gdyby był, to niewielu rodziców stać, aby dziecku kupić butelkowaną wodę. Wodę piję się z kranu. Narażając się na liczne choroby.

Do jednej z takich szkół na Bali dotarłam z zespołem Kopernika w kwietniu tego roku.

school1

Dystrybuowaliśmy filtry do wody Nazava, do szkół balijskich, dzięki czemu dzieci mogą w każdej chwili napić się czystej wody. Sama takiego filtra używałam w domu i polecałabym go nabyć w kopernikowym Tech Kiosku (Jl Pengosekan), każdemu kto na Bali zatrzyma się dłużej niż miesiąc.

in1

Trudno mi opisać jakie szczęście malowało się na twarzy dzieciaków, kiedy dowiedziały się, że odtąd będą mogły pić czystą wodę kiedy tylko przyjdzie im na to ochota. Jak uczyliśmy je jak używać filtra, jak go złożyć, rozłożyć. Jaki las rąk był w górze kiedy zapytaliśmy, które z nich chciałoby raz na miesiąc czyścić filtr.

filter2

filter

indschool1

Jednak dzieci, które mają to szczęście uczęszczać do szkoły, niekoniecznie dużo z niej wyniosą. Edukacja w Indonezji do najlepszych nie należy. Lepiej. W najnowszym rankingu Pearsona na 40 krajów na całym świecie Indonezja znalazła się na ostatnim miejscu, tuż za Brazylią i Meksykiem. (Polska jest w pierwszej dziesiątce).

W indonezyskiej szkole, jak w polskim przysłowiu – “dzieci i ryby głosu nie mają”. Nauczuciel to wielki autorytet. Tak wielki, że są tacy, którzy pobierają pensje, ale w szkole pojawiają się rzadko, albo wcale. Dwójka moich indonezyjskich przyjaciół uczestniczyła w rządowym programie i tuż po studiach przez rok uczyli w wiejskiej szkole na jednej z indonezyjskich wysp. Byli tam jedynymi nauczycielami, a dyrektora widzieli codziennie. Na wielkim zdjęciu w pokoju nauczycielskim.

Zaraz, zaraz. Skoro z edukacją tak źle to gdzie uczą sie dzieci emigrantów, których na Bali cała masa? A na przyklad tutaj. W Green School.

3

0

Jednej z najlepszych, najbardziej ekologicznej i zapewne jednej z najdroższych (rok kosztuje 7-14 tysięcy dolarów) szkół na świecie. Szkole całej z bambusa, z klasami bez ścian, okien i drzwi, położonej w dżungli, nad rzeką, nad którą rozpościera się bambusowy most, niedaleko Ubud. W szkole, w której dzieci 50 narodowości (z 6 kontynentów) oprócz standardowych przedmiotów uczą się m.in. sztuki, jogi, medytacji, indonezyjskiego, hodują świnki, uprawiają ryż i warzywa (które później same zjadają).

rice-paddies

Szkole, w której 80 procent energii pochodzi z odnawialnych źródeł (panele słoneczne), a z dwóch osobnych toalet na część płynną i stałą odzyskuje się kompost.

panele

Polecam się tam wybrać bedąc na Bali. Codziennie oprowadza po niej przesympatyczny Ben, który przywita Was łamaną polszczyzną mówiąc “Cześć”.

most

1

Jedno jest pewne – niezależnie od tego, do której szkoły pójdą jutro indonezyjskie dzieci – będą każdego dnia wdzięczne za to, że mogą się w niej uczyć.

Nie Rosja. Nie Holandia. Polandia.

“Tylko w Polsce drzwi do łazienki mają dwie dziury na dole.”

Różny poziom wiedzy o Polsce reprezentują spotykani przeze mnie ludzie. Różne obserwacje. Ta była wyjątkowo interesująca. I jakże trafna. Jedna z moich ulubionych. Należy do kolegi z Francji.

“Poznałem Wałęsę. To chyba było w Pradze. Lata 70te. Niesamowicie było poznać człowieka, który zmienił historię Polski.” To kolega z Holandii. Poznał Wałęsę zanim ten wiedział co zrobi.

Chabruzka to popularna polska wódka. Ta, co ma na etykiecie byka. To ulubiona wódka mojego przyjaciela z Kuby. Byk czy żubr – jaka różnica? Smakuje tak samo dobrze.

“Zapiekankę poproszę” – tak przywitał mnie Jose kiedy się poznaliśmy. Zna jeszcze jedno zdanie: “Jestem bogaty.” Wystarczyło żeby poderwać niejedną Polkę.

Sporą wiedzę wydają się mieć wszyscy o polskich dziewczynach. Jesteśmy bardzo wild. Dzikie, niemal nieokrzesane. O dużych biustach już pisałam. Doświadczenie niewiarygodne można ponoć przeżyć jadąc pociągiem przez Europe z zachodu na wschód. Rozmiar rośnie w oczach. Na koniec, po przekroczeniu granicy z Niemcami, czujesz się tak jakby ci założyli okulary 3D. Wszystko nabiera kształtów i jest kilka razy większe. Kolega z Japonii strasznie poleca taką podróż.

Od jakiegoś czasu bacznie obserwuję reakcje ludzi na ich odpowiedź skąd jestem. Szkoda tylko, że wiele z nich nadal kończy się niezręczną ciszą.

bilans

Sylwester 12/13. Na przekrór wszystkim i wszystkiemu siedzę w domu. Oglądam jakiś gówniany film. Nigdy nie mogłam pojąć na co tyle zachodu – strojów, makijaży, dań, przygotowań kiedy na drugi dzień mogę zrobić to samo. Za darmo. Kwadrans do dwunastej zmieniam zdanie. Bo w życiu to wychodzi mi najlepiej. Wsiadam do taksówki i kilkanaście minut później załapuję się na imprezę. Odliczanie już się zaczęło. Spośród kilkudziesięciu osób znam kilka. Jedna z lepszych imprez na jakich byłam kończy się długim spacerem nad ranem z delikatnie mówiąc nietrzeźwą koleżanką.

Mówią, że jak i z kim spędzasz sylwestra taki będzie następny rok. I taki właśnie był. Zaczął się fatalnie, a potem wszystko działo się jak w filmie. Decyzja o wyjeździe była oczywiście nieprzemyślana i spontaniczna. Nie wszystkim się spodobała. Moja Mama zawsze powtarza, że jestem jak dziecko, które na złość matce nie zakłada czapki i odmraża sobie uszy. Więc i tym razem na złość wszystkim i wszystkiemu zrobiłam na odwrót. I jak zwykle wylądowałam na cztery łapy.

Dosłownie. Kilka dni po tym jak samolot LionAir lądując na Bali ześlizgnął się do morza. Dobrze pamiętam wilgotne powietrze na twarzy, zapach kadzidełek i ulewny deszcz następnego ranka. Tak jakby to było wczoraj. A od tego czasu minęło już 9 miesięcy.

Setki nowych znajomych. Kilkunastu wspaniałych przyjaciół. Kilkadziesiąt imprez. Niezliczona ilość zjedzonych mango. Kilkaset kilometrów przejechanych na motorze. Jedna skręcona kostka. Jedno potłuczone oko. Jedna zabita żaba. Bilans zdecydowanie dodatni, choć kosztem żaby, na której się wczoraj poślizgnęłam. Ja upadłam na swoje cztery łapy, żabie jej cztery kończyny nie pomogły.

Trudno będzie przebić ten rok. Obiecałam sobie, że po najgorszym roku w moim życiu ten będzie najlepszy. I taki też był. Kolejny zaczynam w nowym domku z tarasem nad rzeką i nowym motorem, indnonezyjską wersją Vespy – Scoopy’m. Nie muszę się martwić jaki będzie ten rok. Wiem, że będzie dobry. Wiem, bo to zależy tylko ode mnie.

Życzę Wam nocy, które zamieniają się w poranki. Przyjaciół, którzy stają się rodziną i marzeń, które stają się rzeczywistością.

(prawie)Indonezyjka

Nic nie usprawiedliwia tego, że ostatni post pojawił się tu kilka miesięcy temu. Z wyjątkiem faktu, że aby go w końcu napisać potrzebowałam sporo czasu. Indonezyjką nie staje się z dnia na dzień. Ale po ośmiu miesiącach jestem coraz bliżej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Oto kilka dowodów.

Punktualność dla mnie nie istnieje. Już o tym pisałam. Od tego czasu nic się nie zmieniło z wyjątkiem tego, że mój brak poczucia czasu tylko się pogłębia. Za to wzrasta tolerancja na spóźnienia. Umawiamy się na rafting. Sobota 9 rano. Wcześnie jak na weekend więc pojawiam się 40 minut później. Na miejscu jest tylko koleżanka z Australii. Pierwsza indonezyjska znajoma, organizatorka raftingowego zamieszania, pojawia się godzinę później. Większość przychodzi 2 godziny po czasie, ostatnia osoba 3 godziny później. Rafting zaczynamy o 12.30.

Skuter to środek lokomocji dla co najmniej trzy-ososbowej rodziny, dwóch żywych kurczaków, ciągniętych z tyłu taczek i psa. Nie mam rodziny, nie wożę kurczaków, ale zdarzyło mi się już nieraz przewieźć na skuterze dwie dorosłe osoby, jedną z 60-litrowym plecakiem na plecach i dodatkowo walizkę między nogami. Nikt nie zginął. Nikt nie ucierpiał. Wszyscy dojechali na miejsce.

Durian to król owoców. Niezaprzeczalny.  Kochany przez Azjatów, wzbudzający odrazę wśród zachodnich turystów. Wyglądem podrobów i odrażającym zapachem. Szambo. Siarkowodór. Padlina. Tak się rozpisują o jego zapachu. Ja go pokochałam. Od pierwszego wgryzienia się w ten rozpływający się w ustach budyniowaty miąższ. A zapach? To zapach Azji. Zatłoczonych ulic. Pory deszczowej. Dróg, które w trakcie deszczu zamieniają się w ścieki. Ulicznego jedzenia. Jak ktoś nie lubi duriana to pewnie nie polubi też Azji.

Jak coś nie jest ostre to nie jest dobre. Serca moich Indonezyjskich przyjaciół zdobyłam prosząc o dodatkowy sambal do każdego indonezyjskiego dania. Sambal to ostry sos, którego podstawą są papryczki chili. Pewnie dlatego jestem regularnie zabierana do Special Sambal, miejsca, w którym serwują go na ponad 20 sposobów. Z ryżem. A wszystko je się rękami bez użycia sztućców. Najczęściej jestem tam jedyną białą.

Instant noodle to podstawa lunchu. Zupki instant nam się kojarzą z czasami studiów, Indonezyjczycy je uwielbiają. Trochę inaczej wygląda jednak ich przyrządzanie tutaj. Nie zalewa się ich wrzątkiem, ale gotuje. Do tego wrzuca się jajko, chili, czosnek, jakieś warzywa. Nie żebym była wielką fanką, ale jak znajomi przygotowują nie odmawiam.

Masaż jest dobry na wszystko. Na dobre samopoczucie. Na grypę. Na złamania kości. Na Dengę. Na złego szefa. Wypędza niedobre duchy. Na spóźniający się okres. Nie ma rzeczy, w której masaż by nie pomógł. Stosując się do tych mądrości funduję sobie masaż przynajmniej raz na tydzień. Tydzień bez masażu to tydzień stracony. Wróciłam właśnie z godzinnego masażu stóp. Niemal tak dobry jak orgazm. 30 zł.

Jest jednak kilka powodów, dla których nigdy nie stanę się prawdziwą Indonezyjką. O nich następnym razem.

szczęślliwi czasu nie mierzą

Na pierwszą komunię nie dostałam zegarka. [Nie dostałam też roweru górskiego, jak wszystkie inne dzieci, czego długo nie mogłam wybaczyć moim rodzicom.] Nigdy potem nie miałam zegarka. Nie przeszkadzało mi to w byciu bardzo punktualną. Nawet na randki przychodziłam pierwsza (zawsze tego potem żałując).

Do czasu.

Tydzień temu umówiłam się ze znajomymi z Polski. Byli w Ubud tylko dwa dni, to była ostatnia szansa, żeby się z nimi zobaczyć. Sama zaproponowałam 19.15, po mojej jodze. Ale, ale… Po lekcji zagadałam się z Ejim, przesympatycznym Japończykiem, który też pracuje w Hubud i chodzi do tej samej szkoły na jogę (Eji odwiedziwszy 53 kraje na świecie twierdzi, że polskie kobiety mają największy biust; nie mnie to oceniać, ale ja jestem tego ponoć kolejnym dowodem), po drodze z jogi wstąpiłam do Hubud gdzie akurat zaczął się piątkowy event… Czterdzieści minut po czasie nie zastałam Magdy i Marcina na miejscu spotkania, a zdziwienie malowało mi się na twarzy.

Balijczycy czasu nie mierzą. Poczujesz to zamawiając jedzenie. Nawet jeśli jest wcześniej przygotowane i wystarczy je tylko podać przyjdzie ci na nie czekać minimum pół godziny. Pewnie dlatego przerwa na lunch w pracy trwa tutaj godzinę. Samo uregulowanie rachunku to 10-minutowy rytuał, na który składa się wypisanie rachunku, zapytanie o drobne (- Do you have small money? – to pytanie pada zawsze nawet jeśli rachunek wynosi 55 tysięcy rupii, a największy nominał to 100 tysięcy) i wydawanie reszty, w które zaangażowana jest cała obsługa, przez co nieraz nijak reszta nie zgadza się z rachunkiem.

Czas nie ma też znaczenia w podejmowaniu decyzji. Opisała to już Elizabeth Gilbert w ‘Eat, pray and love’, kiedy jej indonezyjska koleżanka przez kilka miesięcy wybierała ziemię pod budowę nowego domu, który Gilbert sfinansowała razem ze swoimi przyjaciółmi. A to aura dnia, w którym oglądała działkę była zła, a to miejsce było opanowane przez gniewne demony, jeszcze innym razem miała złe sny po oględzinach, a żeby mieć dobre trzeba się było udać do świątyni, ale nie jak ma się okres… Ja doświadczam tego na własnej skórze dość często i choć decyzje, których podejmowania jestem świadkiem (moja znajomość indonezyjskiego nie pozwala mi jeszcze powiedzieć, że w nich uczestniczę) są na znacznie mniejszą skalę (gdzie zjemy lunch, na którą plażę pojedziemy, gdzie idziemy na imprezę) mam wrażenie, że decyduje się o losach świata. Podejmowane są zawsze gremialnie, towarzyszą im głośne dialogi i przewracanie oczami (nie przesadziłabym chyba mówiąc, że Balijczycy są w tym najlepsi na świecie; w końcu ich tradycyjny taniec głównie na tym polega:), a i tak po czasem godzinnym gadaniu nic z tego nie wynika.

Czasu nie mierzy się oczywiście w urzędach, do czego przywykliśmy w Polsce, choć tutaj na wszystkie opóźnienia masz przynajmniej wytłumaczenie w postaci licznych ceremonii (upacara), w których urzędnicy albo uczestniczą, albo je organizują, albo po nich sprzątają (pisałam już o tym, że przeciętna Balijka spędza tak 1/3 swojego życia). Co ciekawe dotyczy to również szkoły. Mojego znajomego Indonezyjczyka (pochodzącego z Sumatry) siostrzenica od miesiąca chodzi do balijskiej szkoły. Dni, kiedy dziewczynka miała lekcje można policzyć na palach jednej ręki, przez większość czasu nauczyciele uczestniczą bowiem w upacara. Ostatnia upacara trwała ponad tydzień, o ironio, była to ceremonia poświęcona bogom edukacji.

Brak zegarka był mi chyba pisany. Po doskonałym opanowaniu wymuszania pierwszeństwa na drodze, umiejętność nieprzejmowania się czasem, jest drugą, w której powoli osiągam mistrzostwo (przynajmniej w kategorii bule, bo do lokalesów dalej dużo mi brakuje).

Na koniec rada dla wszystkich wybierających się do mnie na Bali. Nie pytajcie mnie co i w jakiej kolejności zwiedzić, kiedy jest sezon na mango, o której godzinie wypływają promy na Gili. A jeśli nie przyjedzie po was taksówkarz na lotnisko, to pewnie dlatego, że pomyliłam godziny waszego przyjazdu. A najprędzej dni. Albo on po prostu nie mógł przyjechać bo uczestniczy w upacara. Bo czas tutaj nie ma znaczenia. Jego pochodne, jak planowanie, też nie. A wy i tak sobie poradzicie.

how wild are Polish girls?

4 rano. 13 lipca. Międzynarodowy szpital w Denpasar.

Jadę na wózku inwalidzkim. Długim, nieskazitelnie czystym korytarzem. Ktoś delikatnie popycha go do wyjścia. Na kolanach mam duże zdjęcie. Swojego mózgu. W kopercie rachunek. 2,5 miliony rupii. Poznaję swoich indonezyjskich przyjaciół. Zasnęli na ławce przed recepcją. Słyszę muzykę. Ktoś gra na pianinie. Gra czy mi się tylko wydaje? Gra, to Vivien, gra na pianinie! Widzę Ewę P. Też ma zdjęcie. Rentgenowskie. – No to mamy zdjęcia z wakacji!

5 godzin wcześniej. Festiwal filmów surferskich na plaży w Seminyak.

Fala za falą, surfer za surferem, impreza za imprezą. To się nazywa film surferski. Nieważne. Ważne, że słychać szum fal, piasek jest ciepły, a na niebie miliony gwiazd. I księżyc. Jak rogalik, leży na brzuszku. Indonezja w końcu leży na innej półkuli. Jestem tu ponad 3 miesiące, ale to Ewa zauważyła tę różnicę. Przyjechała dzień wcześniej i od razu zwróciła na to uwagę. Zawsze imponował mi jej umysł. Nie wiem jak mieści w swojej głowie te wszystkie informacje i szczegóły. Może to ma coś wspólnego z tą burzą rudych loków?

Wracamy do Ubud. Zaraz gubimy drogę. O to nietrudno na Bali. Znaki, jeśli są, zasłonięte są przez drzewa. Już się przyzwyczaiłam. Koniec języka za przewodnika. W końcu jestem kobietą, jak nie wiem gdzie jechać – pytam. Nigdy nie rozumiałam dlaczego faceci godzinami błądzą, ale nie zapytają o drogę. Polubiłam też small talks, które towarzyszą takim przystankom. – Dokąd jedziesz?, – Gdzie mieszkasz?, – Jesteś żonata? Balijczycy tak wyrażają szczere zainteresowanie drugim człowiekm. – Ubud., – Saya tinggal di Lod Tunduh., – Bulum. Jadę do Ubud, mieszkam w Lod Tunduh, jeszcze nie jestem żonata. Bulum. Jeszcze. Warto znać to słowo. Przydaje się często na Bali. To najlepsza odpowiedź na pytanie o to czy jestem żonata. Odpowiedź “Nie, nie jestem” wzbudza troskę, “Jestem rozwiedziona” niedowierzanie (na Bali rozwody to wciąż rzadkość), “Bulum” uśmiech i zrozumienie. A czasem nawet poszukiwania potencjalnego kandydata na męża!

Po kolejnym takim przystanku jesteśmy na dobrej drodze. Nawet jest znak. Ubud w prawo. Chwilę później czuję już tylko potworny ból głowy. I zębów. Leżę na ziemi, Ewka obok, a w naszym kierunku zmierza co najmniej kilka samochodów i skuterów. Jeden chwiejnie i bardzo szybko odjeżdża. Sprawca zamieszania, który próbował Ewie wyrwać torebkę (bezskutecznie:) odjeżdża cały i zdrowy. Tym razem bez łupu. Potem to już sceny jak z jakiegoś dziwnego filmu. Pierwszy szpital, indonezyjski. Każdą z nas zajmuje się co najmniej 3 pielęgniarzy i jeden przystojny lekarz. Leżymy na łóżkach tak wysokich, że ledwo na nie weszłyśmy. Pojawia się piątka moich indonezyjskich znajomych. Szybko dzielą się rolami. Delfi zostaje z nami, Iman, Dita i Sangtu jadą zgłosić zdarzenie na policję, Vivien rozmawia z lekarzem. Z woreczkami lekarstw podpisanymi naszymi imionami, zdjęciem rentgenowskim ręki Ewy (diagnoza – złamany palec) jedziemy do międzynarodowego szpitala, gdzie zrobią mi tomografię głowy. Ten wyglądem przypomina szpitale z amerykańskich seriali. Szpital Princeton-Plainsboro, w którym rządzi nieobliczalny Dr House się do niego nie umywa. Lekarz, który się mną zajmuje zresztą też nie ma nic wspólnego z Dr House’m. Przyjemnym, ciepłym głosem opowiada profesjonalnie co widzi na zdjęciu mojego mózgu. Tłumaczy każdy slajd. No, ładny mam ten mózg – myślę i już chcę go zapytać czy widzi szansę na jego polepszenie. Powstrzymuję się, mógłby uznać, że coś jednak ze mną nie tak. Ale już nie mogę się powstrzymać żeby nie powiedzieć tego znajomym. – Old Kasia is back! You’ll be all right! Śmiech mimo bólu. Wracamy. Jeszcze tylko przerwa na McDonalds. W Indonezji trwa Ramadan. Vivien, która jest muzułmanką, musi coś zjeść przed wschodem słońca.

Jednym z zaleceń lekarza było, aby Ewa spała razem ze mną. Miała obserwować czy nie zachowuję się dziwnie. Nie zapytałyśmy o definicję słowa dziwnie. Pewnie to co się wydarzyło przez kolejne tygodnie pobytu Ewy zaliczyłby do kategorii dziwnych zdarzeń. Nam jednak każde kolejne przynosiło kupę śmiechu. – Polish girls are wild! – obwieścił nam Mark, właściciel Delicious Onion, knajpy w której byłyśmy na pokazie taneczno-wokalnym transwescyty, połączonym z degustacją jedzenia, które wcześniej ugotował(a). Bądź mądry i wymyśl sobie definicję normalności na Bali.

Oto pełna lista lista “Wild Polish girls accidents” i lekcji z nich wynikających:

1. wypadek właściwy – wyżej opisany – torebkę zawsze wieszaj na haku skutera, nie trzymaj w ręce, ani nie przewieszaj przez ramię
2. zepsuty telefon i ładowarka Ewy – wynik powyższego – po co brać telefon i ładowarkę na imprezę?
3. stłuczone okulary Ewy – jak masz jedną grabę w gipsie to nie oczekuj, że weźmiesz do łazienki wszystko i czegoś nie upuścisz
4. zostawiony kluczyk w stacyjce skutera – wynik głupoty, w czystej postaci, jedyne co może pomóc to upgrade mózgu, ale skoro nie zapytałam lekarza to nie wiem czy jest możliwy
5. rozładowany akumulator w samochodzie pożyczonym od moich szefów, noc, środek dżungli – nie oczekuj zbyt wiele od hiszpańskich facetów, sprawdź czy wyłączyli światła w samochodzie zanim go zostawisz na zadupiu, nie spodziewaj się też, że będą wiedzieli jak otworzyć maskę samochodu
6. złapana guma w skuterze – to czysty przypadek, na Bali dość częsty – miej ze sobą telefon do przyjaciela (moi jak dzwonię po 23ej od razu się ubierają i są gotowi do drogi)
7. wyrwana klamka z drzwi, złamany płot, pęknięty bambusowy barek – jeśli dalej chcesz imprezować z Hiszpanami to musisz się takich incydentów spodziewać, nieuniknione
8. zgubiony kolczyk – nie noś kolczyków jak jeździsz na motorze na Bali (zawsze spadają jak ściągasz kask), zresztą, po co Ci kolczyki? I tak jesteś piękna
9. stłuczony czerwony lakier do paznokci na białych kafelkach na patio mojego mieszkania – najlepiej się usuwa szpachlą malarską
10. spowodowanie blackout’u w całym domu – dalej chcesz imprezować z Hiszpanami? Really?
11. złamane okulary przeciwsłoneczne – jak siądziesz na torebce, w której są okulary to zapewne im to nie przedłuży życia
12. wygolenie sporej części moich włosów na zero przez Ewę – jak już dajesz się obciąć komuś kto się na tym nie zna to upewnij się, że zakłada na maszynkę plastikową nasadkę, która reguluje długość obcinanych włosów
13. zostawienie dowodu, prawa jazdy, karty debetowej, karty kredytowej (ta została w bankomacie), pieniędzy na Bali przez Ewę – to wszystko nieważne, jeśli tylko masz ze sobą paszport.

Tęsknię za Tobą Ewa!

IMAG0708

życie w krainie bogów

Podczas kiedy my, zachodnie kobiety większość swojego życia poświęcamy karierze albo rodzinie (a najczęściej starając się połączyć jedno z drugim) typowa balijska kobieta jedną trzecią (!) swojego życia spędza przygotowując ceremonie, uczestnicząc w ceremoniach albo sprzątając po nich.

Na Bali życie toczy się wokół ceremonii. Określają one poszczególne etapy życia (narodziny, wchodzenie w dorosłość kiedy to dzieciom piłuje się zęby, czy śmierć) i zapewniają przychylność bogów. W samym tyko lipcu jest ich ponad 10. Balijczycy do wyznaczania dni świątecznych używają dwóch kalendarzy (oprócz gregoriańskiego): pawukan – numeryczny, składający się z 210 dni i saka – księżycowy zaczynający balijski Nowy Rok (Nyepi). Podczas Nyepi, zwanego Dniem Ciszy, obowiązuje całkowity zakaz pracy, zakaz wychodzenia z domu, a także zakaz podróżowania (wioski patroluje policja sprawdzając czy mieszkańcy stosują się do zakazów). Nie znajdziecie na ten dzień żadnego połączenia lotniczego z Bali, bo zamknięte są także międzynarodowe lotniska.

– Co za strata pieniędzy – pomyśli mieszkaniec zachodniej części globu. Fakt. Utrzymanie tych pięknych tradycji do tanich nie należy. 10-dniowa ceremonia może kosztować wioskę ponad 100 tys. dolarów! To koszt ofiar dla bogów (składanych na Bali trzy razy dziennie; znajdziecie je absolutnie wszędzie – na ulicach, chodnikach, na produktach w sklepach, na samochodach, raz znalazłam ofiarę na moim skuterze – może dlatego tak dobrze mi się nim jeździ?), wynagrodzenia kapłana (ten człowiek zarabia krocie i ma ogromny szacunek społeczeństwa) i tradycyjnej balijskiej orkiestry (gamalan).

Z jakiś nieznanych mi powodów Balijczycy uznali też, że zyskają sobie większą przychylność bogów jeśli w składanych im ofiarach znajdą się importowane owoce (gruszki z Chin, jabłka z Ameryki Północnej, czy pomarańcze z Ameryki Południowej). Nie raz widuję wśród ofiar kawowe cukierki Kopiko (coby bogowie nie posnęli?) czy gumy do żucia (nie mam pojęcia po co bogom guma do żucia?) co czyni je dość kosztownymi darami.

DSC00214Ofiary dla bogów, w tym guma do żucia

W maju zmarło się 90-letniemu byłemu ambasadorowi Szwajcarii, członkowi rodziny królewskiej, ważnej osobistości w Ubud. Miałam więc okazję uczestniczyć w ogromnej ceremonii pogrzebowej w Ubud. Pogrzeby na taką skalę odbywają się średnio raz na cztery/pięć lat i trwają dobrych kilka dni, a towarzyszą im długie przygotowania.

Codziennie w drodze do pracy, przed jedną ze świątyń, przez co najmniej miesiąc mijałam kilkadziesiąt kobiet przygotowujących tysiące ofiar dla bogów (złożonych z ryżu, ciasteczek ryżowych, owoców – wszystko w ręcznie wyplatanych koszyczkach z liści bananowca).

 Przygotowania do ceremonii pogrzebowej w Ubud

W tym samym czasie mężczyźni budowali wieżę kremacyjną, w której, podczas procesji do świątyni (pura) przenosi się ciało oraz sarkofag, w którym ostatecznie dokonuje się kremacji. Sarkofagi przybierają postacie zwierząt i tak – w przypadku rodziny królewskich (czy osób z wyższych kast) jest to postać byka (dla mężczyzn) lub krowy (dla kobiet), a w przypadku osób z niższych kast – lew i jeleń.

Wieża kremacyjna wspomnianego nieboszczyka miała wysokość 6 pięter (im wyższa tym wyższą pozycję dana osoba zajmowała w rodzinie), co najmniej 50 mężczyzn niosło ją w procesji przez całe miasto do świątyni dla zmarłych (Pura Dalem), gdzie przeniesiono je do 2-metrowego byka, odprawiono modły, po czym dokonano kremacji na oczach setek ludzi (turystów, ale też Indonezyjczyków, którzy na tę okazję zjechali do Ubud). Wszystkiemu towarzyszyły tańce, śpiewy, a dookoła kupić można było absolutnie wszystko (Balijczyk nie przegapiłby takiej okazji do zarobienia kilku milionów rupii!). Pogrzeb to czas radości, nie żałoby – kremacja uwalnia duszę nieboszczyka, który dzięki reinkarnacji może przemienić się w wyższą istotę. Resztki ciała z popiołów zabiera rodzina tuż po kremacji i wyrzuca je do morza lub rzeki.

DSC00136Ostatni etap całodniowej ceremonii – kremacja

Podobno Bogowie upodobali sobie Bali ze względu na ich bogobojność. Nic dziwnego, że na Bali jest ponad 20 tysięcy świątyń! W każdej wiosce są trzy: Pura Desa (dla bogów opiekujących się mieszkańcami wioski), Pura Puseh (poświęcona założycielom wioski) i Pura Dalem (poświęcona zmarłym). Do tego w każdym domostwie znajduje się rodzinna świątynia, w której oddaje się cześć duchom przodków.

Świątynie (podobnie jak domy, miasta, wioski) zorientowane są wokół osi kaja-kelod, czyli balijskich odpowiedników północy (kaja to najwyższa na wyspie góra – Gunung Agung położona na północy) i południa (kelod – morze). Ale kaja i kelod mają też konotacje z dobrymi i złymi bogami (jak wszystko inne na Bali). Wierzy się, że bogowie mieszkają w górach, a demony w morzu. Dlatego świątynie (te w wioskach i te w domostwach) zawsze położone są bliżej gór, a pomieszczenia ‘brudne’ (jak łazienka) bliżej morza.

DSC00211Ukryta wśród drzew świątynia nad Jeziorem Batur

Odwiedzając świątynie należy stosować się do co najmniej kilku reguł: od stosownego ubrania (okrywającego ramiona i nogi sarongu) przez zajmowanie miejsc niższych niż kapłan (najważniejsza osoba w trakcie każdej ceremonii) po nieodwiedzanie ich przez kobiety trakcie menstruacji (w przeciwnym razie świątynia musiałaby zostać poddana kosztownemu rytuałowi oczyszczania). Nie przeszkodziło to pewnej estońskiej parze turystów, odwiedzających niedawno Ubud, uprawiać seks w jednej z tutejszych świątyń… Za taką ekstrawagancję przyszło im zapłacić nie tylko kilkanaście tysięcy dolarów, ale też niechlubną sławą (o incydencie rozpisywały się wszystkie lokalne gazety).

Bali odwiedza rocznie kilka milionów turystów. Mimo to Balijczykom udało się zachować swoje tradycje i kulturę, które nadal są autentyczne. I choć często wydaje się, że ten spektakl toczy się dla turystów jest on przede wszystkim częścią codziennego balijskiego życia. To co ja doświadczyłam w ciągu moich pierwszych trzech miesięcy tutaj to zaledwie czubek góry lodowej tych skomplikowanych i pięknych wierzeń i obyczajów.