(prawie)Indonezyjka

Nic nie usprawiedliwia tego, że ostatni post pojawił się tu kilka miesięcy temu. Z wyjątkiem faktu, że aby go w końcu napisać potrzebowałam sporo czasu. Indonezyjką nie staje się z dnia na dzień. Ale po ośmiu miesiącach jestem coraz bliżej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Oto kilka dowodów.

Punktualność dla mnie nie istnieje. Już o tym pisałam. Od tego czasu nic się nie zmieniło z wyjątkiem tego, że mój brak poczucia czasu tylko się pogłębia. Za to wzrasta tolerancja na spóźnienia. Umawiamy się na rafting. Sobota 9 rano. Wcześnie jak na weekend więc pojawiam się 40 minut później. Na miejscu jest tylko koleżanka z Australii. Pierwsza indonezyjska znajoma, organizatorka raftingowego zamieszania, pojawia się godzinę później. Większość przychodzi 2 godziny po czasie, ostatnia osoba 3 godziny później. Rafting zaczynamy o 12.30.

Skuter to środek lokomocji dla co najmniej trzy-ososbowej rodziny, dwóch żywych kurczaków, ciągniętych z tyłu taczek i psa. Nie mam rodziny, nie wożę kurczaków, ale zdarzyło mi się już nieraz przewieźć na skuterze dwie dorosłe osoby, jedną z 60-litrowym plecakiem na plecach i dodatkowo walizkę między nogami. Nikt nie zginął. Nikt nie ucierpiał. Wszyscy dojechali na miejsce.

Durian to król owoców. Niezaprzeczalny.  Kochany przez Azjatów, wzbudzający odrazę wśród zachodnich turystów. Wyglądem podrobów i odrażającym zapachem. Szambo. Siarkowodór. Padlina. Tak się rozpisują o jego zapachu. Ja go pokochałam. Od pierwszego wgryzienia się w ten rozpływający się w ustach budyniowaty miąższ. A zapach? To zapach Azji. Zatłoczonych ulic. Pory deszczowej. Dróg, które w trakcie deszczu zamieniają się w ścieki. Ulicznego jedzenia. Jak ktoś nie lubi duriana to pewnie nie polubi też Azji.

Jak coś nie jest ostre to nie jest dobre. Serca moich Indonezyjskich przyjaciół zdobyłam prosząc o dodatkowy sambal do każdego indonezyjskiego dania. Sambal to ostry sos, którego podstawą są papryczki chili. Pewnie dlatego jestem regularnie zabierana do Special Sambal, miejsca, w którym serwują go na ponad 20 sposobów. Z ryżem. A wszystko je się rękami bez użycia sztućców. Najczęściej jestem tam jedyną białą.

Instant noodle to podstawa lunchu. Zupki instant nam się kojarzą z czasami studiów, Indonezyjczycy je uwielbiają. Trochę inaczej wygląda jednak ich przyrządzanie tutaj. Nie zalewa się ich wrzątkiem, ale gotuje. Do tego wrzuca się jajko, chili, czosnek, jakieś warzywa. Nie żebym była wielką fanką, ale jak znajomi przygotowują nie odmawiam.

Masaż jest dobry na wszystko. Na dobre samopoczucie. Na grypę. Na złamania kości. Na Dengę. Na złego szefa. Wypędza niedobre duchy. Na spóźniający się okres. Nie ma rzeczy, w której masaż by nie pomógł. Stosując się do tych mądrości funduję sobie masaż przynajmniej raz na tydzień. Tydzień bez masażu to tydzień stracony. Wróciłam właśnie z godzinnego masażu stóp. Niemal tak dobry jak orgazm. 30 zł.

Jest jednak kilka powodów, dla których nigdy nie stanę się prawdziwą Indonezyjką. O nich następnym razem.