szczęślliwi czasu nie mierzą

Na pierwszą komunię nie dostałam zegarka. [Nie dostałam też roweru górskiego, jak wszystkie inne dzieci, czego długo nie mogłam wybaczyć moim rodzicom.] Nigdy potem nie miałam zegarka. Nie przeszkadzało mi to w byciu bardzo punktualną. Nawet na randki przychodziłam pierwsza (zawsze tego potem żałując).

Do czasu.

Tydzień temu umówiłam się ze znajomymi z Polski. Byli w Ubud tylko dwa dni, to była ostatnia szansa, żeby się z nimi zobaczyć. Sama zaproponowałam 19.15, po mojej jodze. Ale, ale… Po lekcji zagadałam się z Ejim, przesympatycznym Japończykiem, który też pracuje w Hubud i chodzi do tej samej szkoły na jogę (Eji odwiedziwszy 53 kraje na świecie twierdzi, że polskie kobiety mają największy biust; nie mnie to oceniać, ale ja jestem tego ponoć kolejnym dowodem), po drodze z jogi wstąpiłam do Hubud gdzie akurat zaczął się piątkowy event… Czterdzieści minut po czasie nie zastałam Magdy i Marcina na miejscu spotkania, a zdziwienie malowało mi się na twarzy.

Balijczycy czasu nie mierzą. Poczujesz to zamawiając jedzenie. Nawet jeśli jest wcześniej przygotowane i wystarczy je tylko podać przyjdzie ci na nie czekać minimum pół godziny. Pewnie dlatego przerwa na lunch w pracy trwa tutaj godzinę. Samo uregulowanie rachunku to 10-minutowy rytuał, na który składa się wypisanie rachunku, zapytanie o drobne (- Do you have small money? – to pytanie pada zawsze nawet jeśli rachunek wynosi 55 tysięcy rupii, a największy nominał to 100 tysięcy) i wydawanie reszty, w które zaangażowana jest cała obsługa, przez co nieraz nijak reszta nie zgadza się z rachunkiem.

Czas nie ma też znaczenia w podejmowaniu decyzji. Opisała to już Elizabeth Gilbert w ‘Eat, pray and love’, kiedy jej indonezyjska koleżanka przez kilka miesięcy wybierała ziemię pod budowę nowego domu, który Gilbert sfinansowała razem ze swoimi przyjaciółmi. A to aura dnia, w którym oglądała działkę była zła, a to miejsce było opanowane przez gniewne demony, jeszcze innym razem miała złe sny po oględzinach, a żeby mieć dobre trzeba się było udać do świątyni, ale nie jak ma się okres… Ja doświadczam tego na własnej skórze dość często i choć decyzje, których podejmowania jestem świadkiem (moja znajomość indonezyjskiego nie pozwala mi jeszcze powiedzieć, że w nich uczestniczę) są na znacznie mniejszą skalę (gdzie zjemy lunch, na którą plażę pojedziemy, gdzie idziemy na imprezę) mam wrażenie, że decyduje się o losach świata. Podejmowane są zawsze gremialnie, towarzyszą im głośne dialogi i przewracanie oczami (nie przesadziłabym chyba mówiąc, że Balijczycy są w tym najlepsi na świecie; w końcu ich tradycyjny taniec głównie na tym polega:), a i tak po czasem godzinnym gadaniu nic z tego nie wynika.

Czasu nie mierzy się oczywiście w urzędach, do czego przywykliśmy w Polsce, choć tutaj na wszystkie opóźnienia masz przynajmniej wytłumaczenie w postaci licznych ceremonii (upacara), w których urzędnicy albo uczestniczą, albo je organizują, albo po nich sprzątają (pisałam już o tym, że przeciętna Balijka spędza tak 1/3 swojego życia). Co ciekawe dotyczy to również szkoły. Mojego znajomego Indonezyjczyka (pochodzącego z Sumatry) siostrzenica od miesiąca chodzi do balijskiej szkoły. Dni, kiedy dziewczynka miała lekcje można policzyć na palach jednej ręki, przez większość czasu nauczyciele uczestniczą bowiem w upacara. Ostatnia upacara trwała ponad tydzień, o ironio, była to ceremonia poświęcona bogom edukacji.

Brak zegarka był mi chyba pisany. Po doskonałym opanowaniu wymuszania pierwszeństwa na drodze, umiejętność nieprzejmowania się czasem, jest drugą, w której powoli osiągam mistrzostwo (przynajmniej w kategorii bule, bo do lokalesów dalej dużo mi brakuje).

Na koniec rada dla wszystkich wybierających się do mnie na Bali. Nie pytajcie mnie co i w jakiej kolejności zwiedzić, kiedy jest sezon na mango, o której godzinie wypływają promy na Gili. A jeśli nie przyjedzie po was taksówkarz na lotnisko, to pewnie dlatego, że pomyliłam godziny waszego przyjazdu. A najprędzej dni. Albo on po prostu nie mógł przyjechać bo uczestniczy w upacara. Bo czas tutaj nie ma znaczenia. Jego pochodne, jak planowanie, też nie. A wy i tak sobie poradzicie.

how wild are Polish girls?

4 rano. 13 lipca. Międzynarodowy szpital w Denpasar.

Jadę na wózku inwalidzkim. Długim, nieskazitelnie czystym korytarzem. Ktoś delikatnie popycha go do wyjścia. Na kolanach mam duże zdjęcie. Swojego mózgu. W kopercie rachunek. 2,5 miliony rupii. Poznaję swoich indonezyjskich przyjaciół. Zasnęli na ławce przed recepcją. Słyszę muzykę. Ktoś gra na pianinie. Gra czy mi się tylko wydaje? Gra, to Vivien, gra na pianinie! Widzę Ewę P. Też ma zdjęcie. Rentgenowskie. – No to mamy zdjęcia z wakacji!

5 godzin wcześniej. Festiwal filmów surferskich na plaży w Seminyak.

Fala za falą, surfer za surferem, impreza za imprezą. To się nazywa film surferski. Nieważne. Ważne, że słychać szum fal, piasek jest ciepły, a na niebie miliony gwiazd. I księżyc. Jak rogalik, leży na brzuszku. Indonezja w końcu leży na innej półkuli. Jestem tu ponad 3 miesiące, ale to Ewa zauważyła tę różnicę. Przyjechała dzień wcześniej i od razu zwróciła na to uwagę. Zawsze imponował mi jej umysł. Nie wiem jak mieści w swojej głowie te wszystkie informacje i szczegóły. Może to ma coś wspólnego z tą burzą rudych loków?

Wracamy do Ubud. Zaraz gubimy drogę. O to nietrudno na Bali. Znaki, jeśli są, zasłonięte są przez drzewa. Już się przyzwyczaiłam. Koniec języka za przewodnika. W końcu jestem kobietą, jak nie wiem gdzie jechać – pytam. Nigdy nie rozumiałam dlaczego faceci godzinami błądzą, ale nie zapytają o drogę. Polubiłam też small talks, które towarzyszą takim przystankom. – Dokąd jedziesz?, – Gdzie mieszkasz?, – Jesteś żonata? Balijczycy tak wyrażają szczere zainteresowanie drugim człowiekm. – Ubud., – Saya tinggal di Lod Tunduh., – Bulum. Jadę do Ubud, mieszkam w Lod Tunduh, jeszcze nie jestem żonata. Bulum. Jeszcze. Warto znać to słowo. Przydaje się często na Bali. To najlepsza odpowiedź na pytanie o to czy jestem żonata. Odpowiedź “Nie, nie jestem” wzbudza troskę, “Jestem rozwiedziona” niedowierzanie (na Bali rozwody to wciąż rzadkość), “Bulum” uśmiech i zrozumienie. A czasem nawet poszukiwania potencjalnego kandydata na męża!

Po kolejnym takim przystanku jesteśmy na dobrej drodze. Nawet jest znak. Ubud w prawo. Chwilę później czuję już tylko potworny ból głowy. I zębów. Leżę na ziemi, Ewka obok, a w naszym kierunku zmierza co najmniej kilka samochodów i skuterów. Jeden chwiejnie i bardzo szybko odjeżdża. Sprawca zamieszania, który próbował Ewie wyrwać torebkę (bezskutecznie:) odjeżdża cały i zdrowy. Tym razem bez łupu. Potem to już sceny jak z jakiegoś dziwnego filmu. Pierwszy szpital, indonezyjski. Każdą z nas zajmuje się co najmniej 3 pielęgniarzy i jeden przystojny lekarz. Leżymy na łóżkach tak wysokich, że ledwo na nie weszłyśmy. Pojawia się piątka moich indonezyjskich znajomych. Szybko dzielą się rolami. Delfi zostaje z nami, Iman, Dita i Sangtu jadą zgłosić zdarzenie na policję, Vivien rozmawia z lekarzem. Z woreczkami lekarstw podpisanymi naszymi imionami, zdjęciem rentgenowskim ręki Ewy (diagnoza – złamany palec) jedziemy do międzynarodowego szpitala, gdzie zrobią mi tomografię głowy. Ten wyglądem przypomina szpitale z amerykańskich seriali. Szpital Princeton-Plainsboro, w którym rządzi nieobliczalny Dr House się do niego nie umywa. Lekarz, który się mną zajmuje zresztą też nie ma nic wspólnego z Dr House’m. Przyjemnym, ciepłym głosem opowiada profesjonalnie co widzi na zdjęciu mojego mózgu. Tłumaczy każdy slajd. No, ładny mam ten mózg – myślę i już chcę go zapytać czy widzi szansę na jego polepszenie. Powstrzymuję się, mógłby uznać, że coś jednak ze mną nie tak. Ale już nie mogę się powstrzymać żeby nie powiedzieć tego znajomym. – Old Kasia is back! You’ll be all right! Śmiech mimo bólu. Wracamy. Jeszcze tylko przerwa na McDonalds. W Indonezji trwa Ramadan. Vivien, która jest muzułmanką, musi coś zjeść przed wschodem słońca.

Jednym z zaleceń lekarza było, aby Ewa spała razem ze mną. Miała obserwować czy nie zachowuję się dziwnie. Nie zapytałyśmy o definicję słowa dziwnie. Pewnie to co się wydarzyło przez kolejne tygodnie pobytu Ewy zaliczyłby do kategorii dziwnych zdarzeń. Nam jednak każde kolejne przynosiło kupę śmiechu. – Polish girls are wild! – obwieścił nam Mark, właściciel Delicious Onion, knajpy w której byłyśmy na pokazie taneczno-wokalnym transwescyty, połączonym z degustacją jedzenia, które wcześniej ugotował(a). Bądź mądry i wymyśl sobie definicję normalności na Bali.

Oto pełna lista lista “Wild Polish girls accidents” i lekcji z nich wynikających:

1. wypadek właściwy – wyżej opisany – torebkę zawsze wieszaj na haku skutera, nie trzymaj w ręce, ani nie przewieszaj przez ramię
2. zepsuty telefon i ładowarka Ewy – wynik powyższego – po co brać telefon i ładowarkę na imprezę?
3. stłuczone okulary Ewy – jak masz jedną grabę w gipsie to nie oczekuj, że weźmiesz do łazienki wszystko i czegoś nie upuścisz
4. zostawiony kluczyk w stacyjce skutera – wynik głupoty, w czystej postaci, jedyne co może pomóc to upgrade mózgu, ale skoro nie zapytałam lekarza to nie wiem czy jest możliwy
5. rozładowany akumulator w samochodzie pożyczonym od moich szefów, noc, środek dżungli – nie oczekuj zbyt wiele od hiszpańskich facetów, sprawdź czy wyłączyli światła w samochodzie zanim go zostawisz na zadupiu, nie spodziewaj się też, że będą wiedzieli jak otworzyć maskę samochodu
6. złapana guma w skuterze – to czysty przypadek, na Bali dość częsty – miej ze sobą telefon do przyjaciela (moi jak dzwonię po 23ej od razu się ubierają i są gotowi do drogi)
7. wyrwana klamka z drzwi, złamany płot, pęknięty bambusowy barek – jeśli dalej chcesz imprezować z Hiszpanami to musisz się takich incydentów spodziewać, nieuniknione
8. zgubiony kolczyk – nie noś kolczyków jak jeździsz na motorze na Bali (zawsze spadają jak ściągasz kask), zresztą, po co Ci kolczyki? I tak jesteś piękna
9. stłuczony czerwony lakier do paznokci na białych kafelkach na patio mojego mieszkania – najlepiej się usuwa szpachlą malarską
10. spowodowanie blackout’u w całym domu – dalej chcesz imprezować z Hiszpanami? Really?
11. złamane okulary przeciwsłoneczne – jak siądziesz na torebce, w której są okulary to zapewne im to nie przedłuży życia
12. wygolenie sporej części moich włosów na zero przez Ewę – jak już dajesz się obciąć komuś kto się na tym nie zna to upewnij się, że zakłada na maszynkę plastikową nasadkę, która reguluje długość obcinanych włosów
13. zostawienie dowodu, prawa jazdy, karty debetowej, karty kredytowej (ta została w bankomacie), pieniędzy na Bali przez Ewę – to wszystko nieważne, jeśli tylko masz ze sobą paszport.

Tęsknię za Tobą Ewa!

IMAG0708

życie w krainie bogów

Podczas kiedy my, zachodnie kobiety większość swojego życia poświęcamy karierze albo rodzinie (a najczęściej starając się połączyć jedno z drugim) typowa balijska kobieta jedną trzecią (!) swojego życia spędza przygotowując ceremonie, uczestnicząc w ceremoniach albo sprzątając po nich.

Na Bali życie toczy się wokół ceremonii. Określają one poszczególne etapy życia (narodziny, wchodzenie w dorosłość kiedy to dzieciom piłuje się zęby, czy śmierć) i zapewniają przychylność bogów. W samym tyko lipcu jest ich ponad 10. Balijczycy do wyznaczania dni świątecznych używają dwóch kalendarzy (oprócz gregoriańskiego): pawukan – numeryczny, składający się z 210 dni i saka – księżycowy zaczynający balijski Nowy Rok (Nyepi). Podczas Nyepi, zwanego Dniem Ciszy, obowiązuje całkowity zakaz pracy, zakaz wychodzenia z domu, a także zakaz podróżowania (wioski patroluje policja sprawdzając czy mieszkańcy stosują się do zakazów). Nie znajdziecie na ten dzień żadnego połączenia lotniczego z Bali, bo zamknięte są także międzynarodowe lotniska.

– Co za strata pieniędzy – pomyśli mieszkaniec zachodniej części globu. Fakt. Utrzymanie tych pięknych tradycji do tanich nie należy. 10-dniowa ceremonia może kosztować wioskę ponad 100 tys. dolarów! To koszt ofiar dla bogów (składanych na Bali trzy razy dziennie; znajdziecie je absolutnie wszędzie – na ulicach, chodnikach, na produktach w sklepach, na samochodach, raz znalazłam ofiarę na moim skuterze – może dlatego tak dobrze mi się nim jeździ?), wynagrodzenia kapłana (ten człowiek zarabia krocie i ma ogromny szacunek społeczeństwa) i tradycyjnej balijskiej orkiestry (gamalan).

Z jakiś nieznanych mi powodów Balijczycy uznali też, że zyskają sobie większą przychylność bogów jeśli w składanych im ofiarach znajdą się importowane owoce (gruszki z Chin, jabłka z Ameryki Północnej, czy pomarańcze z Ameryki Południowej). Nie raz widuję wśród ofiar kawowe cukierki Kopiko (coby bogowie nie posnęli?) czy gumy do żucia (nie mam pojęcia po co bogom guma do żucia?) co czyni je dość kosztownymi darami.

DSC00214Ofiary dla bogów, w tym guma do żucia

W maju zmarło się 90-letniemu byłemu ambasadorowi Szwajcarii, członkowi rodziny królewskiej, ważnej osobistości w Ubud. Miałam więc okazję uczestniczyć w ogromnej ceremonii pogrzebowej w Ubud. Pogrzeby na taką skalę odbywają się średnio raz na cztery/pięć lat i trwają dobrych kilka dni, a towarzyszą im długie przygotowania.

Codziennie w drodze do pracy, przed jedną ze świątyń, przez co najmniej miesiąc mijałam kilkadziesiąt kobiet przygotowujących tysiące ofiar dla bogów (złożonych z ryżu, ciasteczek ryżowych, owoców – wszystko w ręcznie wyplatanych koszyczkach z liści bananowca).

 Przygotowania do ceremonii pogrzebowej w Ubud

W tym samym czasie mężczyźni budowali wieżę kremacyjną, w której, podczas procesji do świątyni (pura) przenosi się ciało oraz sarkofag, w którym ostatecznie dokonuje się kremacji. Sarkofagi przybierają postacie zwierząt i tak – w przypadku rodziny królewskich (czy osób z wyższych kast) jest to postać byka (dla mężczyzn) lub krowy (dla kobiet), a w przypadku osób z niższych kast – lew i jeleń.

Wieża kremacyjna wspomnianego nieboszczyka miała wysokość 6 pięter (im wyższa tym wyższą pozycję dana osoba zajmowała w rodzinie), co najmniej 50 mężczyzn niosło ją w procesji przez całe miasto do świątyni dla zmarłych (Pura Dalem), gdzie przeniesiono je do 2-metrowego byka, odprawiono modły, po czym dokonano kremacji na oczach setek ludzi (turystów, ale też Indonezyjczyków, którzy na tę okazję zjechali do Ubud). Wszystkiemu towarzyszyły tańce, śpiewy, a dookoła kupić można było absolutnie wszystko (Balijczyk nie przegapiłby takiej okazji do zarobienia kilku milionów rupii!). Pogrzeb to czas radości, nie żałoby – kremacja uwalnia duszę nieboszczyka, który dzięki reinkarnacji może przemienić się w wyższą istotę. Resztki ciała z popiołów zabiera rodzina tuż po kremacji i wyrzuca je do morza lub rzeki.

DSC00136Ostatni etap całodniowej ceremonii – kremacja

Podobno Bogowie upodobali sobie Bali ze względu na ich bogobojność. Nic dziwnego, że na Bali jest ponad 20 tysięcy świątyń! W każdej wiosce są trzy: Pura Desa (dla bogów opiekujących się mieszkańcami wioski), Pura Puseh (poświęcona założycielom wioski) i Pura Dalem (poświęcona zmarłym). Do tego w każdym domostwie znajduje się rodzinna świątynia, w której oddaje się cześć duchom przodków.

Świątynie (podobnie jak domy, miasta, wioski) zorientowane są wokół osi kaja-kelod, czyli balijskich odpowiedników północy (kaja to najwyższa na wyspie góra – Gunung Agung położona na północy) i południa (kelod – morze). Ale kaja i kelod mają też konotacje z dobrymi i złymi bogami (jak wszystko inne na Bali). Wierzy się, że bogowie mieszkają w górach, a demony w morzu. Dlatego świątynie (te w wioskach i te w domostwach) zawsze położone są bliżej gór, a pomieszczenia ‘brudne’ (jak łazienka) bliżej morza.

DSC00211Ukryta wśród drzew świątynia nad Jeziorem Batur

Odwiedzając świątynie należy stosować się do co najmniej kilku reguł: od stosownego ubrania (okrywającego ramiona i nogi sarongu) przez zajmowanie miejsc niższych niż kapłan (najważniejsza osoba w trakcie każdej ceremonii) po nieodwiedzanie ich przez kobiety trakcie menstruacji (w przeciwnym razie świątynia musiałaby zostać poddana kosztownemu rytuałowi oczyszczania). Nie przeszkodziło to pewnej estońskiej parze turystów, odwiedzających niedawno Ubud, uprawiać seks w jednej z tutejszych świątyń… Za taką ekstrawagancję przyszło im zapłacić nie tylko kilkanaście tysięcy dolarów, ale też niechlubną sławą (o incydencie rozpisywały się wszystkie lokalne gazety).

Bali odwiedza rocznie kilka milionów turystów. Mimo to Balijczykom udało się zachować swoje tradycje i kulturę, które nadal są autentyczne. I choć często wydaje się, że ten spektakl toczy się dla turystów jest on przede wszystkim częścią codziennego balijskiego życia. To co ja doświadczyłam w ciągu moich pierwszych trzech miesięcy tutaj to zaledwie czubek góry lodowej tych skomplikowanych i pięknych wierzeń i obyczajów.

lekcja surfingu w wersji plus

lekcja typu normal (tak pewnie większość z was uczyła albo będzie uczyła się surfingu)

Od prób wstawania na desce na plaży, potem na płytkiej wodzie i pianie (załamanych falach) czas na prawdziwy surfing w miejscu, w którym fale się załamują (z dala od brzegu). Ale żeby tam dotrzeć trzeba się najpierw nauczyć pokonywać przybój. Dwie opcje. Turtle-roll dla longboard (długich desek, czyli dla początkujących): widzisz nadchodzącą falę, kładziesz się na desce (przodem do niej), trzymasz się jej z wyprostowanymi rękami i odwracasz się do góry nogami. Fala przechodzi nad tobą i deską. Duck-dive dla shortboard (krótkich desek, czyli dla zaawansowanych): dajesz nura w nadchodzącą falę i wypływasz zaraz za nią. Brzmi strasznie, ale jak już się opanuje te techniki to pokonanie fali nie stanowi problemu.

Jestem w dobrym miejscu. Obserwuję fale. Ta jest dobra! Kładę się na desce (przodem do brzegu:). Zbliża się. Mocno wiosłuję by dorównać jej prędkości. Raz, dwa, trzy. Przyspieszam na łamiącej się fali. Jestem tuż przed nią. Powoli podnoszę tułów tak jakbym robiła pompkę. Stawiam lewą nogę pierwszą z tyłu deski, prawą wysuwam do przodu (bo jestem ‘goofy’, jeśli masz na odwrót jesteś ‘regular’). Obracam się do jej podłużnej osi i powoli podnoszę się, cały czas uginając lekko nogi w kolanach. I naparzam razem z falą do brzegu.

Brzmi prosto. Ale surfing do łatwych sportów nie należy. Za pierwszym razem kiedy go spróbowałam na drugi dzień czułam mięśnie, o których nie miałam pojęcia, że istnieją.

a teraz lekcja w wersji plus (w Kucie z jednym z Kuta beach boys)

Surfing jest prosty, nie ma sensu uczyć się na brzegu i robić z siebie błazna. Płyniecie w miejsce gdzie fale się załamują. Jaką techniką? Połóż się na desce. Nie bój się fal, pomogę ci. Położę się na desce z Tobą (czytaj – na Tobie), tak będzie bezpieczniej. Wiosłujecie w poszukiwaniu dobrego miejsca. Ty na dole, on na górze. Nie, tu za dużo ludzi. Tam? Nie, tu też nie, fale za wysokie. Może tutaj? Nie, tu można tylko pływać. Pół godziny później znajdujecie idealne miejsce. Tu będzie dobrze. Obserwujecie fale dryfując na desce. Oczywiście dla bezpieczeństwa instruktor dalej leży na tobie. Ta? Nie. Za duża. To może ta? Za mała! Lepiej pogadajmy. – Masz męża? – Nie. – A chłopaka? – Też nie. – Co robisz wieczorem?… Ta fala jest dobra! Instruktor zeskakuje z deski. Zanim się zorientujesz fala przykrywa cię, robisz fikołka w wodzie. Ledwo łapiesz oddech jak się już spod niej wygramolisz. W oczach masz piach. Koniec lekcji na dziś. 7 dolarów. Surfować nie umiesz, ale plany na wieczór już masz.

Jak się nietrudno domyślić w tej wersji na drugi dzień nie masz problemów z mięśniami. Na pewno nie z z tymi, które pracują jak surfujesz.

IMAG0602zasłużone leniuchowanie na plaży

boobs and yoyo made my day

To, że faceci są zboczonymi, ale logicznie myślącymi stworzeniami wiemy wszyscy. Ale na pomysł, aby wykorzystać ten fakt do promocji karmienia piersią mogła wpaść tylko jedna osoba. Ernest Prakasa, indonezyjski komik chińskiego pochodzenia, zebrał owacje na stojąco podczas tegorocznego TEDxUbud.

DSC00342

Jak się okazuje rynek modyfikowanego mleka jest wart, w samej tylko Indonezji, miliard dolarów! Tymczasem naturalne mleko matki nie tylko jest zdrowsze dla dziecka, ale też rozwija inteligencję emocjonalną dziecka, nie mówiąc o tym, że jest darmowe. – Nie kupuj modyfikowanego mleka przez 6 miesięcy, a będziesz miał nowego IPhone’a – tak przekonuje Ernest młodych ojców, aby zachęcali swoje kobiety do karmienia piersią.

Jak pokazują badania ponad 98 procent kobiet wybiera karmienie piersią jeśli mają w tym wsparcie swojego faceta. Za laktację odpowiada prolaktyna (w trakcie w ciąży organizm kobiety wydziela jej więcej), ale to oksytocyna, zwana hormonem miłości, wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie, a ta produkowana jest pod wpływem sygnałów z pochwy, piersi i macicy. I tu wkracza Ernest ze swoją inicjatywą skierowaną do młodych ojców, wytaczając wojnę korporacjom produkującym modyfikowane mleko…

Na bambusowej scenie FiveElements, miejsca, które przez TED.com zostało wybrane jednym z top 5 TEDx venues, pojawiła się drobna, skromna blondynka. Francuzka, Delphine Robbe, przyleciała na Bali, na wyspę Gili Trawangan (największą i najbardziej popularną wśród turystów wyspę archipelagu Gili słynącego z jednych z najpiękniejszych raf koralowych na Bali) 9 lat temu, aby zostać instruktorem nurkowania. Dziś jest najbardziej znaną ekolożką w Indonezji.

DSC00340

Jeszcze kilka lat temu rafy koralowe Gili traktowano dynamitem, by wykorzystać je jako materiał budowlany do budowy kolejnych willi i hoteli, które rosną jak grzyby po deszczu napędzane turystycznym boomem… resztę brudnej roboty zrobił efekt cieplarniany i ścieki trafiające do morza. Delphine zebrała zespół naukowców z całego świata, aby razem stworzyć BioRock, sztuczną rafę, która pozawala koralowcom odbudować się i daje schronienie setkom gatunków ryb. BioRock to metalowa platforma podłączona do prądu o niskim napięciu, dzięki któremu w procesie elektrolizy powstaje gruba warstwa węglanu wapnia. To idealne podłoże do wzrostu koralowców, na którym nurkowie umieszczają zebrane z różnych miejsc ich zniszczone fragmenty. W takich warunkach koralowce rosną 2-6 razy szybciej. W normalnych warunkach rosną 2-6 cm/rok! Na Gili T Delphine umieściła już ponad 80 platform, ale to dopiero początek…

Ludzie z TEDxKraków wiedzą, że najlepszego speakera zostawia się na koniec. Ludzie z TEDxUbud na szczęście też to wiedzą. Peter Wall, Kanadyjczyk, były dziennikarz CBC Canada, jeden z trzech założycieli Hubud, w którym pracuję, człowiek, który jest zawsze uśmiechnięty i zachwyca się najdrobniejszymi rzeczami (jak tym, że przynoszę do Hubud masę owoców, czy moją sukienką w czaszki;) ma niezwykły dar opowiadania historii. Słyszałam go już kilka razy i choć historie, które opowiada są niezwykle proste, sposób w jaki to robi sprawia, że masz ochotę siedzieć, nic nie mówić, tylko słuchać. Tym razem też tak było.

Peter zawsze marzył o produkcji wysokobudżetowych filmów na miarę Hollywood, ale po kilku latach pracy w tym biznesie miał dość wspinania się po korporacyjnej drabinie. Za to w domu dwójka znudzonych 5-letnich synów chętnie włączyła się w kręcenie domowej produkcji filmów o wielkich tytułach ‘Bad Boys are Bad’, “The Search for Golden Wedge’, ‘Little Chef’. Wszystkie zdobyły pozytywne recenzje (dziadków), a nad budżetem czuwała żona Peter’a. I nadal czuwa, bo chłopaki dopiero się rozkręcają. Robią zdjęcia do swoich filmów podczas każdej małej, czy dużej podróży. – Filmy i historie nie są tylko po to, aby je konsumować. Każdy może je tworzyć. To zbyt dużo zabawy żeby zostawić to tylko filmowym studiom – przekonuje. To, że cała rodzina miała fun kręcąc te produkcje na miarę Holyywood nietrudno sobie wyobrazić, ale, że ponad 300-osobowa publiczność będzie pękała ze śmiechu oglądając rodzinne filmy nie było takie pewne. Ludzie z TEDxUbud zaryzykowali. I znów im się udało!

DSC00353

Próbowaliście kiedyś zdjąć jednym ruchem obrus ze stolika, na którym leży kieliszek z szampanem? BLACK robi to za pomocą yoyo! Dwukrotny mistrz świata yoyo, wisienka na torcie TEDxUbud, uczynił z yoyo prawdziwą sztukę. A gdy pierwszy raz wziął je do ręki mając 14 lat nie wiedział nawet co się z tym wynalazkiem robi. Yoyo pomogło mu uwierzyć w siebie i podążać za swoją pasją, choć początkowo nieakceptowaną przez jego otoczenie i rodzinę. BLACK wystąpił na TED 2013 (zobacz jego performance tutaj), organizatorzy TEDxUbud twierdzą jednak, że zabukowali go wcześniej, także jeden talk mają już na TED.com 🙂

Wybierając się na TEDxUbud nie przypuszczałam, że wieczór (a w zasadzie noc) spędzę pijąc piwo (nie za swoje pieniądze) z legendarną indonezyjską piosenkarką Bonitą, jej numerem telefonu w komórce i zaproszeniem do jej domu do Jakarty. Dawno nie słyszałam kobiety o tak silnym, pięknym głosie! A już na pewno nie znam tak skromnej celebrytki. Piosenka ‘What a day’ (znalazłam tylko wersję live, sorry) brzęczy mi w uszach do dziś, mimo że słyszałam ją tylko dwa razy (na zakończeniu TEDxUbud i koncercie Bonity tego samego dnia w Ubud, po którym przegadałyśmy kilka godzin).

DSC00325

Długo by pisać o tym, co wydarzyło się jeszcze na TEDxUbud, poczynając od Bali dance performance w wykonaniu Gika Savitri, dziewczny będącej jedynym balijskim członkiem zespołu TEDxUbud, przez wywiad z Sri Lestari, niepełnosprawną od 20 lat Indonezyjką, która na zmodyfikowanym skuterze przyjechała do Ubud 2 dni przed eventem z Jakarty, aby udowodnić niepełnosprawnym Indonezyjczykom, że nie ma rzeczy niemożliwych, po szalone salsa after party przy basenie w FiveElements i świetne jedzenie. Dla mnie oficjalnie TEDxUbud skończył się następnego dnia po kilku swimming pool parties w Seminyak z nowo poznanymi ludźmi, nieoficjalnie chyba dopiero się zaczął…

DSC00292

PS Sorry za jakość zdjęć, ale byłam zbyt zajęta chłonięciem TEDxUbud, aby się na nich skupiać. Dodam link do pięknych zdjęć ekipy TEDx jak tylko je dostanę.

kulinarny orgazm

Lato 96. Obóz harcerski w Międzyzdrojach. W przykrytej blachą stołówce siedzi blondynka i rudy chłopak. Każde nad swoim talerzem twarożku. Od dwóch godzin. Bo jedzenie nie może się marnować, trzeba zjadać wszystko do końca. Po 2 godzinach blondynka wynosi twarożek w rękawie bluzy, a chleb upycha w kubku z kisielem. I tak przez kolejne 2 tygodnie obozu udaje jej się wychodzić ze stołówki z pustym talerzem.

Do dziś dnia nie znoszę stołówek. Odkąd pamiętam byłam niejadkiem, nie smakowało mi nic, chyba, że było ugotowane przez moją mamę. Dopóki nie zaczęłam podróżować. Moje kubki smakowe, znudzone monotonią polskiej kuchni, pierwszy kulinarny orgazm przeżyły w Turcji. Dobrych kilka lat temu.

Na Bali przeżywają go codziennie. Choć podstawą tutejszej kuchni jest ryż (Balijczycy jedzą go na śniadanie, obiad i kolację) różnorodność warzyw, owoców i przypraw do niego dodawanych (i ich kombinacji), sprawia, że nie sposób się nią znudzić.

Najpopularniejsze danie – Gado-Gado (pochodzące z Javy), czyli sałatka z gotowanych warzyw (m.in. sałaty, kapusty, kiełków, ziemniaków), gotowanych jaj z dodatkiem smażonego tofu, tempeh (tradycyjny indonezyjski plaster sfermentowanej usmażonej soi) obficie polana sosem z orzeszków ziemnych, jadłam już chyba kilkanaście razy.

DSC09826 Gado-Gado przed polaniem sosem z orzeszków

Jednak za każdym razem smakuje i wygląda inaczej. Od prostej sałatki po Gado-Gado ala spring rolls serwowane w Seniman, najlepszej kawiarni w Ubud. Wersja z surowymi warzywami to karedok.

DSC09941
Gado-Gado z twistem Seniman! Najlepsze jakie dotąd jadłam.

Nasi campur i nasi goreng to dwa dania, które można zjeść w każdym warung, czyli prostej, indonezyjskiej jadłodajni. Podstawą obydwu jest ryż (nasi) przy czym w pierwszym jest on gotowany, w drugim smażony. Nie znajdziecie pewnie na całej wyspie dwóch takich samych wersji tych dań.

DSC09885Nasi Campur w wersji z Pulau Kelapa

Pulau Kelapa, warung, w którym każde warzywo, owoc czy przyprawa pochodzą z położonego wśród pól ryżowych na jego tyłach ogrodu (najlepiej zwiedzić go przed posiłkiem aby nabrać apetytu, można też zerwać wybrane warzywa, owoce i przyprawy, z których szef kuchni ugotuje twoje danie) serwuje moje ulubione wegetariańskie Nasi Campur.

DSC09774Wejście do ogrodu Pulau Kelapa

To ryż z ośmioma dodatkami: smażonym tofu, plackiem z kukurydzy, smażonymi w karmelu (albo czymś podobnym) orzeszkami ziemnymi, słodkimi chrupkami kukurydzianymi, sałatką z kiełków, szpinaku, chilli i tartego kokosa, gotowanym, a potem smażonym jajkiem polanym ostrym sosem chilli, świeżym ogórkiem i moim ulubionym gotowanym jack fruit (owoc drzewa bochenkowego osiągający do 90 cm długości i 30 kg wagi jest największym owocem na świecie)! Wszystko przygotowane tuż przed podaniem. Niebo w gębie! Za 3 dolary.DSC09706Moje ulubione danie – Tahu Telor

Najbardziej jak dotąd smakuje mi indonezyjskie Tahu Telor, czyli smażony omlet z jajka i tofu z dodatkiem świeżego pomidora, smażonych orzeszków ziemnych, chilli, limonki i bazylii polane słodkim sosem sojowym z orzeszkami ziemnymi…

Niemal do każdego dania dodaje się też chrupki (kerupuk, jest ich tysiące rodzajów, najczęściej spotykane to te o smaku krewetkowym), które w smaku bardzo przypominają nasze prażynki. Pyszne, choć staram się ich unikać bo, podobnie jak wszystko inne, smażone są na oleju palmowym (sprzedawany w szklanych butelkach niemal na każdej ulicy, podobnie zresztą jak paliwo do skutera, nigdy nie wiem co jest co:) a ten do najzdrowszych nie należy. Mam nadzieję, że mojego bloga nie czyta mój lekarz, któremu obiecałam, że po 3 miesiącach pobytu na Bali powtórzę badania krwi, aby sprawdzić jak ma się mój cholesterol… tak, na pewno to zrobię:)

DSC00149Benzyna to czy olej palmowy?

Bali to raj dla wegetarian. Chwilowo zaliczam się do tej grupy. Nie widzę powodu, dla którego miałabym jeść mięso skoro od miesiąca nie wypróbowałam jeszcze połowy dań wegetariańskich. Jak mam ochotę na mięso jem ryby (to chyba dobrze panie doktorze?). Grillowany stek z tuńczyka w wietnamskiej Indotopii czy piękny, czerwony, świeżo złowiony snapper podany w jednym z zaledwie czterech warung na trudno dostępnej plaży na wschodnim wybrzeżu to miód w gębie.

DSC09908Grillowany tuńczyk z warzywami z Indotopii

DSC09952Snapper – najlepsza ryba jaką dotąd jadłam

Dopełnieniem każdego dania jest sok/lassi/smoothie ze świeżych owoców – mango, papai, bananów (wielkości palca), ananasa, limonki i kilkunastu innych. Razem lub osobno, w tysiącach kombinacji.

DSC09871Do wyboru do koloru

Nigdy nie przypuszczałam, że sok z awokado z dodatkiem czekolady będzie mi tak smakował! Pyszny, o karmelowym smaku cukier palmowy jem kiedy owoce nie dostarczają mi wystarczającej ilości cukru.

DSC09938Tak podają lassi w Seniman

Zdrowo czy nie, nie zamierzam rezygnować z przyjemności jaką daje mi tutejsze jedzenie. W końcu ten rok ma upłynąć pod tytułem “jedz, módl się i kochaj.” (ok, módl się raczej ominę:)

biały jest w modzie

Jednym z moich noworocznych postanowień było odbudowanie wiary w siebie. Jak? Nie miałam pojęcia. Rozwiązanie przyszło samo. Oczywiście na Bali.

Puste, zarośnięte trawą, o nierównej powierzchni boisko do piłki nożnej położone z dala od centrum Ubud. Nieco ponad tydzień temu to właśnie tam uczyłam się jazdy na skuterze. Gdyby nie znajomi z pracy, którzy uparcie powtarzali, że dam sobie radę pewnie nigdy bym nie spróbowała. Niepewnie okrążyłam boisko kilka razy. Skręcać nauczyłam się jeżdżąc wokół bramki. Za duży kask zsuwał mi się na czoło co kilka sekund przez co niewiele widziałam. 15 minut później sama wróciłam skuterem do pracy.

DSC09626

Trzypasmowa autostrada z Ubud do Kuty. Sobota wieczór. Niemiłosierne korki. Upał. Brak przepisów obowiązujący również na autostradzie już mnie nie dziwi. Pędzę na swoim skuterze wśród lokalesów. Nikt mi nie wierzy, kiedy opowiadam, że jeszcze tydzień temu nie umiałam na nim jeździć…

Kuta Beach. Upalne, leniwe, niedzielne południe. Piasek jest tak gorący, że nie sposób po nim przejść bez flipflopów. Fale tak wysokie, że nie można się kąpać w morzu. Za to idealne do surfingu! Nie waham się ani chwili kiedy znajomy Indonezyjczyk proponuje mi lekcje surfingu. Ostrzegam go wcześniej, że to nie będzie łatwe. Pierwsza lekcja wstawania na desce odbywa się na plaży, przed wejściem do wody. Trochę mi schodzi zanim zdecyduję się, która nogę na desce postawić pierwszą. Tak jak jest się prawo- lub leworęcznym, tak jest bowiem z nogami. (Swoją drogą po kilku godzinach surfowania dalej tego nie wiem. Wydaje mi się, że potrzebuję trzeciej nogi:). Kolejna lekcja już w morzu. – Ta jest dobra, łap tę falę – przekonuje Lincoln odpychając moją deskę. Raz, dwa, trzy. Stoję! Stoję na desce! Przez kolejne kilka godzin surfuję już sama obserwując kilku innych początkujących, którym przez cały dzień nie udało się stanąć na nogach nawet na kilka sekund.

DSC09900Kuta Beach i Kuta Beach boys. Tak wyglądają instruktorzy surfingu.

Odkąd wylądowałam na Bali setki razy słyszałam, że jestem piękna. Że mam piękną fryzurę. Że mam piękne ciało. Pewnie są białe kobiety, które przyjeżdżając na Bali tak poprawiają sobie poczucie własnej wartości. Ja do nich nie należę. Aby to usłyszeć wystarczy mieć białą skórę. Im bielszą tym lepiej. Biały kolor jest w modzie. Kupując kosmetyki dokładnie czytam etykiety bo niemal każdy żel, krem czy mydło zawierają substancję wybielającą skórę. Nie dziwi mnie już widok Indonezyjczyków na skuterach ubranych od stóp do głów po ręce w ponad 30-stopniowym upale. Nie nie jest im zimno – jak myślałam na początku. Po prostu chcą mieć jaśniejszą skórę. Bo biały jest też w cenie. Jaśniejszej kobiecie łatwiej znaleźć męża z wyższej klasy społecznej (na Bali funkcjonuje system klas społecznych zwanych warnami, który wynika z wyznawanego na tej wyspie hinduizmu, w którym przynależność do warny jest dziedziczona; indyjski system kastowy wywodzi się z tego samego systemu jednak znacznie się od niego różni, jest bardziej zhierarchizowany, podzielony na gorsze i lepsze kasty).

Sześć. Tyle postanowień noworocznych miałam w tym roku. Dziś mogę wszystkie odkreślić. Następnym razem będą ambitniejsze.