About katenabali

Absolwent Uniwersytetu East Anglia w Anglii oraz Uniwersytetów Toronto i Waterloo w Kanadzie. Od 30 lat zajmuje się problematyką partnerstwa międzysektorowego dla rozwoju zrównoważonego, które angażuje firmy, organizacje społeczne i instytucje publiczne we wspólne działania. Od 15 lat współpracuje z International Business Leaders Forum w Londynie, angażującym firmy o zasięgu globalnym w działania partnerskie na rzecz rozwoju zrównoważonego z organizacjami pozarządowymi oraz instytucjami publicznymi (www.iblf.org). Aktywnie współpracuje z praktykami partnerstwa na całym świecie w ramach sieci „brokerów partnerstwa”, akredytowanych przez Międzynarodowe Forum Liderów Biznesu (www.partnershipbrokers.org). Opublikował ponad 150 artykułów i raportów na tematy związane z problematyką partnerstwa, ochrony środowiska oraz rozwoju zrównoważonego. Od 1996 jest Prezesem Zarządu Fundacji Partnerstwo dla Środowiska, która – jako jedna z wiodących i najdłużej działających organizacji ekologicznych w Polsce – aktywnie wspiera praktyczne wdrażanie rozwoju zrównoważonego w życie codzienne, poprzez budowanie partnerstwa, społeczeństwa obywatelskiego, proponowanie nowych rozwiązań oraz upowszechnianie sprawdzonych wzorów działań przyjaznych dla środowiska naturalnego (www.fpds.pl).

Blog przeniesiony

Zapraszam na stronę cyfrowanomadka.pl

Advertisements

Z bambusa i na boso, czyli szkoła w Indonezji

Jutro w Polsce zacznie się nowy rok szkolny. Kilka milionów dzieci weźmie swoje nowiutkie plecaki wypełnione nowiutkimi książkami, zeszytami, piórnikami z kolorowymi pisakami, kredkami, gumkami, strugaczkami, z kolorowym pojemnikiem z drugim śniadaniem (ozdobionym naklejkami z najnowszej kreskówki) i soczkiem z 7 witaminami. W rękach dzierzyć będą nowe komórki, a równieśnikom opowiadać będą o wakacjach spędzionych z rodzicami w Grecji, Chorwacji, na Majorce.

Jutro do szkoly pójdzie też kilkadziesiąt milionów indonezyjskich dzieci (tych które miały to szczęście mieszkać w wiosce, w której jest szkoła), dla których wakacje trwają tylko miesiąc (rok szkolny rozpoczyna się tutaj w połowie lipca, kończy w połowie czerwca), chodzących do szkoły od poniedziału do soboty. W skromnym plecaku (albo reklamówce) nie będzie wypasionych kredek, gumek i strugaczek, za to jedna książka i długopis. Większość uczniów będzie na bosaka. Usiądą w drewnianych ławkach wyglądem przypominających te, w których siedzieli nasi rodzice. W plecaku nie będzie drugiego śniadania i wielowitaminowego soczku. Ba, nie ma butelki wody, a tempereatura przekracza 30 stopni Celsjusza. W szkole nie ma też sklepiku ze słodyczami. A nawet gdyby był, to niewielu rodziców stać, aby dziecku kupić butelkowaną wodę. Wodę piję się z kranu. Narażając się na liczne choroby.

Do jednej z takich szkół na Bali dotarłam z zespołem Kopernika w kwietniu tego roku.

school1

Dystrybuowaliśmy filtry do wody Nazava, do szkół balijskich, dzięki czemu dzieci mogą w każdej chwili napić się czystej wody. Sama takiego filtra używałam w domu i polecałabym go nabyć w kopernikowym Tech Kiosku (Jl Pengosekan), każdemu kto na Bali zatrzyma się dłużej niż miesiąc.

in1

Trudno mi opisać jakie szczęście malowało się na twarzy dzieciaków, kiedy dowiedziały się, że odtąd będą mogły pić czystą wodę kiedy tylko przyjdzie im na to ochota. Jak uczyliśmy je jak używać filtra, jak go złożyć, rozłożyć. Jaki las rąk był w górze kiedy zapytaliśmy, które z nich chciałoby raz na miesiąc czyścić filtr.

filter2

filter

indschool1

Jednak dzieci, które mają to szczęście uczęszczać do szkoły, niekoniecznie dużo z niej wyniosą. Edukacja w Indonezji do najlepszych nie należy. Lepiej. W najnowszym rankingu Pearsona na 40 krajów na całym świecie Indonezja znalazła się na ostatnim miejscu, tuż za Brazylią i Meksykiem. (Polska jest w pierwszej dziesiątce).

W indonezyskiej szkole, jak w polskim przysłowiu – “dzieci i ryby głosu nie mają”. Nauczuciel to wielki autorytet. Tak wielki, że są tacy, którzy pobierają pensje, ale w szkole pojawiają się rzadko, albo wcale. Dwójka moich indonezyjskich przyjaciół uczestniczyła w rządowym programie i tuż po studiach przez rok uczyli w wiejskiej szkole na jednej z indonezyjskich wysp. Byli tam jedynymi nauczycielami, a dyrektora widzieli codziennie. Na wielkim zdjęciu w pokoju nauczycielskim.

Zaraz, zaraz. Skoro z edukacją tak źle to gdzie uczą sie dzieci emigrantów, których na Bali cała masa? A na przyklad tutaj. W Green School.

3

0

Jednej z najlepszych, najbardziej ekologicznej i zapewne jednej z najdroższych (rok kosztuje 7-14 tysięcy dolarów) szkół na świecie. Szkole całej z bambusa, z klasami bez ścian, okien i drzwi, położonej w dżungli, nad rzeką, nad którą rozpościera się bambusowy most, niedaleko Ubud. W szkole, w której dzieci 50 narodowości (z 6 kontynentów) oprócz standardowych przedmiotów uczą się m.in. sztuki, jogi, medytacji, indonezyjskiego, hodują świnki, uprawiają ryż i warzywa (które później same zjadają).

rice-paddies

Szkole, w której 80 procent energii pochodzi z odnawialnych źródeł (panele słoneczne), a z dwóch osobnych toalet na część płynną i stałą odzyskuje się kompost.

panele

Polecam się tam wybrać bedąc na Bali. Codziennie oprowadza po niej przesympatyczny Ben, który przywita Was łamaną polszczyzną mówiąc “Cześć”.

most

1

Jedno jest pewne – niezależnie od tego, do której szkoły pójdą jutro indonezyjskie dzieci – będą każdego dnia wdzięczne za to, że mogą się w niej uczyć.

boso w pracy

– Bali i praca to jak pustynia i morze – napisał Rzepa na moim wall’u kiedy próbowałam wytłumaczyć, że nie mam czasu gadać na fejsie bo pracuję. Faktycznie, nie jest to łatwe. Zwłaszcza kiedy za oknem z jednej strony właśnie odbywa się koszenie i wytrzepywanie ryżu (oczywiście wszystko ręcznie, ale uprawa ryżu w Indonezji to temat na osobny post), a z drugiej przez okna zaglądają małpy. A na nogach nie ma się butów (pewnie około 90% czasu na Bali spędza się na bosaka).

Na szczęście praca w Koperniku nie jest oddalona tematycznie od tego, co dzieje się za oknem. W wielkim skrócie – Kopernik pomaga ludziom w krajach trzeciego świata poprzez dostarczanie technologii ułatwiających im codzienne życie.

W Indonezji ponad 35% ludzi żyje bez dostępu do prądu, a oddalonym o kilka tysięcy kilometrów i kilkadziesiąt wysp na wschód Timorze Wschodnim (kiedyś część Indonezji, od 2002 r. niezależny kraj) jest to już niemal 80%. Jedynym (dotąd) rozwiązaniem były dla ludzi lampy naftowe, a nafta nie tylko jest kosztowna (czasem pochłania 1/3 budżetu domowego), ale przede wszystkim odpowiedzialna za problemy z oddychaniem, poparzenia, pożary domostw. Lampy solarne (z wbudowaną ładowarką na telefon), które stanowią teraz większość technologii dostarczanych przez Kopernika, pomagają im zaoszczędzić pieniądze, które wydawali dotąd na naftę (46% populacji w Indonezji żyje za mniej niż 2$ dziennie, w Timorze Wschodnim to ponad 72%) i ocalić ich życie i życie ich dzieci (bo to głównie one cierpią z powodu dymiącej nafty podczas odrabiania lekcji; niewiarygodne wydaje mi się teraz to, że w Polsce dzieci trzeba zmuszać, aby usiadły nad lekcjami!).

To zaledwie jedna, z 63 technologii, które dzięki Kopernikowi dotarły (w ciągu swojej zaledwie 4-letniej działalności!) do ponad 90 tys. ludzi z 12 krajów na świecie. Inne to: bardzo proste w obsłudze filtry do wody (które spotykam codziennie w warungach, których jadam i którego sama używam, czy Hubud, w którym czasem pracuję, no i oczywiście w naszym własnym homestay’u), piecyki opalane biomasą, okulary, które samemu można dopasować do wady wzroku, zestawy dla położnych, etc.

Jest jednak coś co wyróżnia Kopernika od innych tego typu organizacji na świecie. Po pierwsze – Kopernik nie stosuje rozdawnictwa. Technologie albo są sprzedawane (po cenach dostosowanych do lokalnych realiów), dzierżawione, a najczęściej zachęca się ludzi do tworzenia mikro-przedsiębiorstw, które zajmą się stworzeniem systemu dystrybucji w danym miejscu. W ten sposób często przedsiębiorcami zostają kobiety, dla których najczęściej jest to jedyne źródło dochodów. Po drugie – w tym wszystkim najważniejszy jest człowiek i jego potrzeby. Z każdym użytkownikiem technologi przeprowadzane są wywiady, dzięki którym producenci technologii mogą je potem dostosowywać do ich potrzeb. Dla producentów to idealne rozwiązanie bo niełatwo jest dotrzeć do miejsc, do których dociera Kopernik, nie mówiąc o już o zebraniu feedbacku od użytkowników – w ich lokalnym języku (sama Indonezja – 17 508 tys. wysp, 300 grup etnicznych, 250 języków, a z dialektami 583!).

A teraz odpowiedź na pytanie, które słyszę najczęściej kiedy opowiadam o Bali (chwilowo przebywając w Polsce) – ‘Jak to się w ogóle stało, że pracuję na Bali?’ Kopernika założyła Ewa Wojkowska, wychowana w Australii Polka i Toshi Nakamura, Japończyk, którzy po latach pracy w Organizacji Narodów Zjednoczonych doszli do wniosku, że choć technologie ułatwiające życie istnieją to jednak nie docierają do tych, którzy ich najbardziej ich potrzebują. Tak powstała organizacja nazwana na cześć polskiego naukowca, który w rewolucyjny sposób zmienił sposób myślenia o świecie, jak Kopernik zmienia sposób myślenia o dystrybucji prostych technologii. Wystąpili oni na scenie TEDxWarsaw w 2011 roku, a stąd link do mnie już bardzo krótki, bo jak pamiętacie, współorganizowałam TEDxKraków. Jaka z tego rada? Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte bo nigdy nie wiadomo gdzie znajdziecie swojego przyszłego pracodawcę.

Nie Rosja. Nie Holandia. Polandia.

“Tylko w Polsce drzwi do łazienki mają dwie dziury na dole.”

Różny poziom wiedzy o Polsce reprezentują spotykani przeze mnie ludzie. Różne obserwacje. Ta była wyjątkowo interesująca. I jakże trafna. Jedna z moich ulubionych. Należy do kolegi z Francji.

“Poznałem Wałęsę. To chyba było w Pradze. Lata 70te. Niesamowicie było poznać człowieka, który zmienił historię Polski.” To kolega z Holandii. Poznał Wałęsę zanim ten wiedział co zrobi.

Chabruzka to popularna polska wódka. Ta, co ma na etykiecie byka. To ulubiona wódka mojego przyjaciela z Kuby. Byk czy żubr – jaka różnica? Smakuje tak samo dobrze.

“Zapiekankę poproszę” – tak przywitał mnie Jose kiedy się poznaliśmy. Zna jeszcze jedno zdanie: “Jestem bogaty.” Wystarczyło żeby poderwać niejedną Polkę.

Sporą wiedzę wydają się mieć wszyscy o polskich dziewczynach. Jesteśmy bardzo wild. Dzikie, niemal nieokrzesane. O dużych biustach już pisałam. Doświadczenie niewiarygodne można ponoć przeżyć jadąc pociągiem przez Europe z zachodu na wschód. Rozmiar rośnie w oczach. Na koniec, po przekroczeniu granicy z Niemcami, czujesz się tak jakby ci założyli okulary 3D. Wszystko nabiera kształtów i jest kilka razy większe. Kolega z Japonii strasznie poleca taką podróż.

Od jakiegoś czasu bacznie obserwuję reakcje ludzi na ich odpowiedź skąd jestem. Szkoda tylko, że wiele z nich nadal kończy się niezręczną ciszą.

bilans

Sylwester 12/13. Na przekrór wszystkim i wszystkiemu siedzę w domu. Oglądam jakiś gówniany film. Nigdy nie mogłam pojąć na co tyle zachodu – strojów, makijaży, dań, przygotowań kiedy na drugi dzień mogę zrobić to samo. Za darmo. Kwadrans do dwunastej zmieniam zdanie. Bo w życiu to wychodzi mi najlepiej. Wsiadam do taksówki i kilkanaście minut później załapuję się na imprezę. Odliczanie już się zaczęło. Spośród kilkudziesięciu osób znam kilka. Jedna z lepszych imprez na jakich byłam kończy się długim spacerem nad ranem z delikatnie mówiąc nietrzeźwą koleżanką.

Mówią, że jak i z kim spędzasz sylwestra taki będzie następny rok. I taki właśnie był. Zaczął się fatalnie, a potem wszystko działo się jak w filmie. Decyzja o wyjeździe była oczywiście nieprzemyślana i spontaniczna. Nie wszystkim się spodobała. Moja Mama zawsze powtarza, że jestem jak dziecko, które na złość matce nie zakłada czapki i odmraża sobie uszy. Więc i tym razem na złość wszystkim i wszystkiemu zrobiłam na odwrót. I jak zwykle wylądowałam na cztery łapy.

Dosłownie. Kilka dni po tym jak samolot LionAir lądując na Bali ześlizgnął się do morza. Dobrze pamiętam wilgotne powietrze na twarzy, zapach kadzidełek i ulewny deszcz następnego ranka. Tak jakby to było wczoraj. A od tego czasu minęło już 9 miesięcy.

Setki nowych znajomych. Kilkunastu wspaniałych przyjaciół. Kilkadziesiąt imprez. Niezliczona ilość zjedzonych mango. Kilkaset kilometrów przejechanych na motorze. Jedna skręcona kostka. Jedno potłuczone oko. Jedna zabita żaba. Bilans zdecydowanie dodatni, choć kosztem żaby, na której się wczoraj poślizgnęłam. Ja upadłam na swoje cztery łapy, żabie jej cztery kończyny nie pomogły.

Trudno będzie przebić ten rok. Obiecałam sobie, że po najgorszym roku w moim życiu ten będzie najlepszy. I taki też był. Kolejny zaczynam w nowym domku z tarasem nad rzeką i nowym motorem, indnonezyjską wersją Vespy – Scoopy’m. Nie muszę się martwić jaki będzie ten rok. Wiem, że będzie dobry. Wiem, bo to zależy tylko ode mnie.

Życzę Wam nocy, które zamieniają się w poranki. Przyjaciół, którzy stają się rodziną i marzeń, które stają się rzeczywistością.

Święta? A co to?

Wiesz, że nie spędzasz Świąt w Polsce, gdy:

W Wigilię idziesz do pracy. A tam absolutnie nikt nie przejmuje się Świętami. Z wyjątkiem jednej koleżanki, która zauważa, że pomarańczowa ryba w ogrodowym stawie jest już tak duża, że niedługo umrze. Trzeba ją zatem zjeść zanim wyzionie ducha. I czemu nie dziś?

Zamiast Merry Christmas słyszysz Happy Holidays. Bo nie każgdy jest katolikiem. W rzeczywistości, ci są w mniejszości.

Twoja firmowa skrzynka mejlowa nie pęka w szwach od świątecznych życzeń, które trafiają do kosza zanim twój mózg zdąży przeprocesować tytuł wiadomości.

Suma usłyszanych w ciągu ostatnich kilku miesięcy Last Christmas równa się zeru. Zero. Null. Cero. Serio!

Suma posiadanych choinek, mikołajowych czapek i innych akcesoriów świątecznych – rownież okrągłe zero. Jeśli jednak tęsknisz za tymi widokami wystarczy udać się do supermarketu. Kasjerzy w czapeczkach. Plastikowa choina przy wejściu. Świąteczna muzyka w głośnikach. Świąteczny cyrk w pełni.

Zamiast śniegu pada deszcz. Ulewny, ciepły. Zamiast suchego mrozu wilgotność powietrza przekraczająca 85 procent. Zamiast minus dwudziestu stopni, plus trzydzieści. Niezmiennie. Codziennie.

W skład twojej wigilijnej kolacji wchodzą między innymi: szaszłyki z tuńczyka, grillowane kalmary, guacamole z nachos, humus, lazania, jamon, iberico, tortilla, burritos, japońska fasolka, mango lassi… Bo przyjaciele, z którymi dzielisz stół pochodzą z ponad 10 krajów.

Zamiast Pasterki o 12ej w nocy wskakujesz do basenu. I zostajesz tam do 5 rano.

W poranek Bożego Narodzenia nie budzą Cię kościelne dzwony, ale małpy chodzące po domu. Kradną Twoją szczoteczkę i pastę do zębów z otwartej łazienki. Ale to nic. Bo pogoda dziś piękna. Słoneczna. Tarasy ryżowe za oknem. Mango lassi w ręce. A basen pod nosem…

Czy tęsknię? Za rodziną i przyjaciółmi – tak. Nie, nie tęsknię za gorączką przedświątecznych zakupów. Za Last Christmas. Za objadaniem się ile wlezie i siedzeniem przed telewizorem. Za Kevinem w Nowym Jorku. Za rewią zimowej mody w kościele. Za Świętami w komercyjnej, szpetnej otoczce. Jak piękna, pachnąca choinka z lasu przystrojona światełkami kupionymi na targu od Rosjan w latach 80tych.

Życzę Wam prawdziwych Świąt. Autentycznych. Prostych.DSC09926

(prawie)Indonezyjka

Nic nie usprawiedliwia tego, że ostatni post pojawił się tu kilka miesięcy temu. Z wyjątkiem faktu, że aby go w końcu napisać potrzebowałam sporo czasu. Indonezyjką nie staje się z dnia na dzień. Ale po ośmiu miesiącach jestem coraz bliżej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Oto kilka dowodów.

Punktualność dla mnie nie istnieje. Już o tym pisałam. Od tego czasu nic się nie zmieniło z wyjątkiem tego, że mój brak poczucia czasu tylko się pogłębia. Za to wzrasta tolerancja na spóźnienia. Umawiamy się na rafting. Sobota 9 rano. Wcześnie jak na weekend więc pojawiam się 40 minut później. Na miejscu jest tylko koleżanka z Australii. Pierwsza indonezyjska znajoma, organizatorka raftingowego zamieszania, pojawia się godzinę później. Większość przychodzi 2 godziny po czasie, ostatnia osoba 3 godziny później. Rafting zaczynamy o 12.30.

Skuter to środek lokomocji dla co najmniej trzy-ososbowej rodziny, dwóch żywych kurczaków, ciągniętych z tyłu taczek i psa. Nie mam rodziny, nie wożę kurczaków, ale zdarzyło mi się już nieraz przewieźć na skuterze dwie dorosłe osoby, jedną z 60-litrowym plecakiem na plecach i dodatkowo walizkę między nogami. Nikt nie zginął. Nikt nie ucierpiał. Wszyscy dojechali na miejsce.

Durian to król owoców. Niezaprzeczalny.  Kochany przez Azjatów, wzbudzający odrazę wśród zachodnich turystów. Wyglądem podrobów i odrażającym zapachem. Szambo. Siarkowodór. Padlina. Tak się rozpisują o jego zapachu. Ja go pokochałam. Od pierwszego wgryzienia się w ten rozpływający się w ustach budyniowaty miąższ. A zapach? To zapach Azji. Zatłoczonych ulic. Pory deszczowej. Dróg, które w trakcie deszczu zamieniają się w ścieki. Ulicznego jedzenia. Jak ktoś nie lubi duriana to pewnie nie polubi też Azji.

Jak coś nie jest ostre to nie jest dobre. Serca moich Indonezyjskich przyjaciół zdobyłam prosząc o dodatkowy sambal do każdego indonezyjskiego dania. Sambal to ostry sos, którego podstawą są papryczki chili. Pewnie dlatego jestem regularnie zabierana do Special Sambal, miejsca, w którym serwują go na ponad 20 sposobów. Z ryżem. A wszystko je się rękami bez użycia sztućców. Najczęściej jestem tam jedyną białą.

Instant noodle to podstawa lunchu. Zupki instant nam się kojarzą z czasami studiów, Indonezyjczycy je uwielbiają. Trochę inaczej wygląda jednak ich przyrządzanie tutaj. Nie zalewa się ich wrzątkiem, ale gotuje. Do tego wrzuca się jajko, chili, czosnek, jakieś warzywa. Nie żebym była wielką fanką, ale jak znajomi przygotowują nie odmawiam.

Masaż jest dobry na wszystko. Na dobre samopoczucie. Na grypę. Na złamania kości. Na Dengę. Na złego szefa. Wypędza niedobre duchy. Na spóźniający się okres. Nie ma rzeczy, w której masaż by nie pomógł. Stosując się do tych mądrości funduję sobie masaż przynajmniej raz na tydzień. Tydzień bez masażu to tydzień stracony. Wróciłam właśnie z godzinnego masażu stóp. Niemal tak dobry jak orgazm. 30 zł.

Jest jednak kilka powodów, dla których nigdy nie stanę się prawdziwą Indonezyjką. O nich następnym razem.