szczęślliwi czasu nie mierzą

Na pierwszą komunię nie dostałam zegarka. [Nie dostałam też roweru górskiego, jak wszystkie inne dzieci, czego długo nie mogłam wybaczyć moim rodzicom.] Nigdy potem nie miałam zegarka. Nie przeszkadzało mi to w byciu bardzo punktualną. Nawet na randki przychodziłam pierwsza (zawsze tego potem żałując).

Do czasu.

Tydzień temu umówiłam się ze znajomymi z Polski. Byli w Ubud tylko dwa dni, to była ostatnia szansa, żeby się z nimi zobaczyć. Sama zaproponowałam 19.15, po mojej jodze. Ale, ale… Po lekcji zagadałam się z Ejim, przesympatycznym Japończykiem, który też pracuje w Hubud i chodzi do tej samej szkoły na jogę (Eji odwiedziwszy 53 kraje na świecie twierdzi, że polskie kobiety mają największy biust; nie mnie to oceniać, ale ja jestem tego ponoć kolejnym dowodem), po drodze z jogi wstąpiłam do Hubud gdzie akurat zaczął się piątkowy event… Czterdzieści minut po czasie nie zastałam Magdy i Marcina na miejscu spotkania, a zdziwienie malowało mi się na twarzy.

Balijczycy czasu nie mierzą. Poczujesz to zamawiając jedzenie. Nawet jeśli jest wcześniej przygotowane i wystarczy je tylko podać przyjdzie ci na nie czekać minimum pół godziny. Pewnie dlatego przerwa na lunch w pracy trwa tutaj godzinę. Samo uregulowanie rachunku to 10-minutowy rytuał, na który składa się wypisanie rachunku, zapytanie o drobne (- Do you have small money? – to pytanie pada zawsze nawet jeśli rachunek wynosi 55 tysięcy rupii, a największy nominał to 100 tysięcy) i wydawanie reszty, w które zaangażowana jest cała obsługa, przez co nieraz nijak reszta nie zgadza się z rachunkiem.

Czas nie ma też znaczenia w podejmowaniu decyzji. Opisała to już Elizabeth Gilbert w ‘Eat, pray and love’, kiedy jej indonezyjska koleżanka przez kilka miesięcy wybierała ziemię pod budowę nowego domu, który Gilbert sfinansowała razem ze swoimi przyjaciółmi. A to aura dnia, w którym oglądała działkę była zła, a to miejsce było opanowane przez gniewne demony, jeszcze innym razem miała złe sny po oględzinach, a żeby mieć dobre trzeba się było udać do świątyni, ale nie jak ma się okres… Ja doświadczam tego na własnej skórze dość często i choć decyzje, których podejmowania jestem świadkiem (moja znajomość indonezyjskiego nie pozwala mi jeszcze powiedzieć, że w nich uczestniczę) są na znacznie mniejszą skalę (gdzie zjemy lunch, na którą plażę pojedziemy, gdzie idziemy na imprezę) mam wrażenie, że decyduje się o losach świata. Podejmowane są zawsze gremialnie, towarzyszą im głośne dialogi i przewracanie oczami (nie przesadziłabym chyba mówiąc, że Balijczycy są w tym najlepsi na świecie; w końcu ich tradycyjny taniec głównie na tym polega:), a i tak po czasem godzinnym gadaniu nic z tego nie wynika.

Czasu nie mierzy się oczywiście w urzędach, do czego przywykliśmy w Polsce, choć tutaj na wszystkie opóźnienia masz przynajmniej wytłumaczenie w postaci licznych ceremonii (upacara), w których urzędnicy albo uczestniczą, albo je organizują, albo po nich sprzątają (pisałam już o tym, że przeciętna Balijka spędza tak 1/3 swojego życia). Co ciekawe dotyczy to również szkoły. Mojego znajomego Indonezyjczyka (pochodzącego z Sumatry) siostrzenica od miesiąca chodzi do balijskiej szkoły. Dni, kiedy dziewczynka miała lekcje można policzyć na palach jednej ręki, przez większość czasu nauczyciele uczestniczą bowiem w upacara. Ostatnia upacara trwała ponad tydzień, o ironio, była to ceremonia poświęcona bogom edukacji.

Brak zegarka był mi chyba pisany. Po doskonałym opanowaniu wymuszania pierwszeństwa na drodze, umiejętność nieprzejmowania się czasem, jest drugą, w której powoli osiągam mistrzostwo (przynajmniej w kategorii bule, bo do lokalesów dalej dużo mi brakuje).

Na koniec rada dla wszystkich wybierających się do mnie na Bali. Nie pytajcie mnie co i w jakiej kolejności zwiedzić, kiedy jest sezon na mango, o której godzinie wypływają promy na Gili. A jeśli nie przyjedzie po was taksówkarz na lotnisko, to pewnie dlatego, że pomyliłam godziny waszego przyjazdu. A najprędzej dni. Albo on po prostu nie mógł przyjechać bo uczestniczy w upacara. Bo czas tutaj nie ma znaczenia. Jego pochodne, jak planowanie, też nie. A wy i tak sobie poradzicie.

Advertisements

4 thoughts on “szczęślliwi czasu nie mierzą

  1. W Ameryce Południowej jest jeszcze większy luz w tym temacie 🙂 ale podsumowując, ostatecznie oczywiście zobaczyliśmy się z Kasią, tylko jakieś dwie godziny później (na salsie w przemiłym towarzystwie). Fakt, na Bali czas płynie inaczej. Latynosi powiedzieli by manana. A przez te 40 minut nieobecności Kasi wielokrotnie zostaliśmy zapytani skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy, został nam zaproponowany masaż dokładnie całego ciała (z dodatkami ponad standardową usługę) i teatr balijski z użycie wspomnianych przewracanych oczu – co ostatecznie wybraliśmy.

  2. Zupełnie nienaturalne jest mierzenie czasu z częstotliwością do jakiej przywykliśmy. Po co te wszystkie sekundy, setne sekundy, upychanie zdarzeń pomiędzy jednostki czasu, jak sardynki w puszce. Powinniśmy zlikwidować wskazówki minut i sekund w zegarkach, albo zamienić je na jakieś nowsze, zdrowsze, np. kwadranse, połowy. Cool. Chill out;)

  3. Pingback: (prawie)Indonezyjka | kate na bali

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s