życie w krainie bogów

Podczas kiedy my, zachodnie kobiety większość swojego życia poświęcamy karierze albo rodzinie (a najczęściej starając się połączyć jedno z drugim) typowa balijska kobieta jedną trzecią (!) swojego życia spędza przygotowując ceremonie, uczestnicząc w ceremoniach albo sprzątając po nich.

Na Bali życie toczy się wokół ceremonii. Określają one poszczególne etapy życia (narodziny, wchodzenie w dorosłość kiedy to dzieciom piłuje się zęby, czy śmierć) i zapewniają przychylność bogów. W samym tyko lipcu jest ich ponad 10. Balijczycy do wyznaczania dni świątecznych używają dwóch kalendarzy (oprócz gregoriańskiego): pawukan – numeryczny, składający się z 210 dni i saka – księżycowy zaczynający balijski Nowy Rok (Nyepi). Podczas Nyepi, zwanego Dniem Ciszy, obowiązuje całkowity zakaz pracy, zakaz wychodzenia z domu, a także zakaz podróżowania (wioski patroluje policja sprawdzając czy mieszkańcy stosują się do zakazów). Nie znajdziecie na ten dzień żadnego połączenia lotniczego z Bali, bo zamknięte są także międzynarodowe lotniska.

– Co za strata pieniędzy – pomyśli mieszkaniec zachodniej części globu. Fakt. Utrzymanie tych pięknych tradycji do tanich nie należy. 10-dniowa ceremonia może kosztować wioskę ponad 100 tys. dolarów! To koszt ofiar dla bogów (składanych na Bali trzy razy dziennie; znajdziecie je absolutnie wszędzie – na ulicach, chodnikach, na produktach w sklepach, na samochodach, raz znalazłam ofiarę na moim skuterze – może dlatego tak dobrze mi się nim jeździ?), wynagrodzenia kapłana (ten człowiek zarabia krocie i ma ogromny szacunek społeczeństwa) i tradycyjnej balijskiej orkiestry (gamalan).

Z jakiś nieznanych mi powodów Balijczycy uznali też, że zyskają sobie większą przychylność bogów jeśli w składanych im ofiarach znajdą się importowane owoce (gruszki z Chin, jabłka z Ameryki Północnej, czy pomarańcze z Ameryki Południowej). Nie raz widuję wśród ofiar kawowe cukierki Kopiko (coby bogowie nie posnęli?) czy gumy do żucia (nie mam pojęcia po co bogom guma do żucia?) co czyni je dość kosztownymi darami.

DSC00214Ofiary dla bogów, w tym guma do żucia

W maju zmarło się 90-letniemu byłemu ambasadorowi Szwajcarii, członkowi rodziny królewskiej, ważnej osobistości w Ubud. Miałam więc okazję uczestniczyć w ogromnej ceremonii pogrzebowej w Ubud. Pogrzeby na taką skalę odbywają się średnio raz na cztery/pięć lat i trwają dobrych kilka dni, a towarzyszą im długie przygotowania.

Codziennie w drodze do pracy, przed jedną ze świątyń, przez co najmniej miesiąc mijałam kilkadziesiąt kobiet przygotowujących tysiące ofiar dla bogów (złożonych z ryżu, ciasteczek ryżowych, owoców – wszystko w ręcznie wyplatanych koszyczkach z liści bananowca).

 Przygotowania do ceremonii pogrzebowej w Ubud

W tym samym czasie mężczyźni budowali wieżę kremacyjną, w której, podczas procesji do świątyni (pura) przenosi się ciało oraz sarkofag, w którym ostatecznie dokonuje się kremacji. Sarkofagi przybierają postacie zwierząt i tak – w przypadku rodziny królewskich (czy osób z wyższych kast) jest to postać byka (dla mężczyzn) lub krowy (dla kobiet), a w przypadku osób z niższych kast – lew i jeleń.

Wieża kremacyjna wspomnianego nieboszczyka miała wysokość 6 pięter (im wyższa tym wyższą pozycję dana osoba zajmowała w rodzinie), co najmniej 50 mężczyzn niosło ją w procesji przez całe miasto do świątyni dla zmarłych (Pura Dalem), gdzie przeniesiono je do 2-metrowego byka, odprawiono modły, po czym dokonano kremacji na oczach setek ludzi (turystów, ale też Indonezyjczyków, którzy na tę okazję zjechali do Ubud). Wszystkiemu towarzyszyły tańce, śpiewy, a dookoła kupić można było absolutnie wszystko (Balijczyk nie przegapiłby takiej okazji do zarobienia kilku milionów rupii!). Pogrzeb to czas radości, nie żałoby – kremacja uwalnia duszę nieboszczyka, który dzięki reinkarnacji może przemienić się w wyższą istotę. Resztki ciała z popiołów zabiera rodzina tuż po kremacji i wyrzuca je do morza lub rzeki.

DSC00136Ostatni etap całodniowej ceremonii – kremacja

Podobno Bogowie upodobali sobie Bali ze względu na ich bogobojność. Nic dziwnego, że na Bali jest ponad 20 tysięcy świątyń! W każdej wiosce są trzy: Pura Desa (dla bogów opiekujących się mieszkańcami wioski), Pura Puseh (poświęcona założycielom wioski) i Pura Dalem (poświęcona zmarłym). Do tego w każdym domostwie znajduje się rodzinna świątynia, w której oddaje się cześć duchom przodków.

Świątynie (podobnie jak domy, miasta, wioski) zorientowane są wokół osi kaja-kelod, czyli balijskich odpowiedników północy (kaja to najwyższa na wyspie góra – Gunung Agung położona na północy) i południa (kelod – morze). Ale kaja i kelod mają też konotacje z dobrymi i złymi bogami (jak wszystko inne na Bali). Wierzy się, że bogowie mieszkają w górach, a demony w morzu. Dlatego świątynie (te w wioskach i te w domostwach) zawsze położone są bliżej gór, a pomieszczenia ‘brudne’ (jak łazienka) bliżej morza.

DSC00211Ukryta wśród drzew świątynia nad Jeziorem Batur

Odwiedzając świątynie należy stosować się do co najmniej kilku reguł: od stosownego ubrania (okrywającego ramiona i nogi sarongu) przez zajmowanie miejsc niższych niż kapłan (najważniejsza osoba w trakcie każdej ceremonii) po nieodwiedzanie ich przez kobiety trakcie menstruacji (w przeciwnym razie świątynia musiałaby zostać poddana kosztownemu rytuałowi oczyszczania). Nie przeszkodziło to pewnej estońskiej parze turystów, odwiedzających niedawno Ubud, uprawiać seks w jednej z tutejszych świątyń… Za taką ekstrawagancję przyszło im zapłacić nie tylko kilkanaście tysięcy dolarów, ale też niechlubną sławą (o incydencie rozpisywały się wszystkie lokalne gazety).

Bali odwiedza rocznie kilka milionów turystów. Mimo to Balijczykom udało się zachować swoje tradycje i kulturę, które nadal są autentyczne. I choć często wydaje się, że ten spektakl toczy się dla turystów jest on przede wszystkim częścią codziennego balijskiego życia. To co ja doświadczyłam w ciągu moich pierwszych trzech miesięcy tutaj to zaledwie czubek góry lodowej tych skomplikowanych i pięknych wierzeń i obyczajów.

Advertisements